31 maja 2017

Rozdział miesiąca – kwiecień

http://tony-rule-the-waves.blogspot.com/2017/04/rozdzia-47-urodziny.html
miriamcia668
Historyczne



Rozdział 47. Urodziny

            Sobota 29 kwietnia od samego rana była w Aberlogwyn dniem wytężonych prac. Zaczęły się one zresztą już dwa dni wcześniej. Przez ostatni rok u Knightów zdarzali się wprawdzie goście, Emily z matką także jeździła do innych w odwiedziny, ale od jej wypadku Aberlogwyn nie widziało jeszcze tylu ludzi jednocześnie, ilu miało przybyć na popołudniowe przyjęcie urodzinowe.
Od rana Mildred Knight doglądała wszystkiego, biegała wręcz z kuchni do salonu, z salonu do jadalni, z jadalni na podwórze. Na przybycie gości wszystko musiało błyszczeć! Należało starannie wysprzątać salon, wypastować podłogi, wytrzepać dywany, przynieść odświętne obrusy i zastawę (osobną na podwieczorek, osobną na obiad, a przecież jeszcze przewidziany był deser), nastroić fortepian. Dla gości, którzy mieli zostać na noc – w tym dla tajemniczego wujka Eugene’a i prawdopodobnie nawet dla kapitana Scoldinga – uporządkowano pokoje gościnne. Ze spiżarni wydobyte zostały marynaty, dżemy i inne przetwory. W kuchni powstawały pasztety, pieczenie, ciasta i puddingi. Iris, Hopper i kucharka nie wyrabiali się ze wszystkim, kuzynka Cordelia, choć była w zasadzie gościem, w miarę możliwości pomagała w różnych pracach, ale to i tak nie wystarczyło, więc pani Knight pożyczyła od brata służącą i podkuchenną. Wuj Robert nie miał nic przeciwko temu, gdyż sam był przecież zaproszony, a w czwartek i piątek nie potrzebował służby, bo wybrał się polować na rozlewiskach.
Na zewnątrz Evans woskował auto, którym miał odebrać parę osób z dworca, a ogrodnik i jego dwaj pomocnicy doprowadzali do porządku podwórze. Ogromny wilczarz Fangs, razem z całą budą, przeprowadził się tymczasowo na północną stronę domu, żeby nie straszyć gości. Drugi z psów, mały Petey, nie wymagał takich środków ostrożności, zresztą Cordelia w czasie swego pobytu całkiem go obłaskawiła: chodził teraz za nią po całej posiadłości i domagał się smakołyków.
            Emily czuła się bardzo niezręcznie: wszyscy wokół się uwijali, a ona, nawet gdyby chciała, przez swoje kalectwo niewiele mogła zrobić. Najchętniej zniknęłaby na ten czas w starym parku, przesiedziała w altanie i zajęła się poprawianiem powieści, ale niestety, sama była przyczyną i poniekąd beneficjentką tego całego zamieszania.
Na szczęście szybko znalazło się dla niej zajęcie. Pierwsza z gości, pani Sara Abrahams, przyjechała już w piątek, bo przekonania nie pozwalały jej podróżować w sobotę. Do tej pory panna Knight utrzymywała z nią tylko znajomość korespondencyjną, która zrodziła się z prasowej polemiki o losach okupowanej Belgii. Pani Abrahams, trzydziestokilkuletnia izraelitka rodem z Antwerpii, była aktywną działaczką w środowisku belgijskich uchodźców i uczestniczyła w różnych inicjatywach dobroczynnych, choć nie doświadczyła niemieckiej okupacji na własnej skórze. Do Wielkiej Brytanii przyjechała jesienią aż z samego Konga, gdzie jej mąż służył w wojskach kolonialnych.
Emily martwiła się, czy ta znajomość, dobrze się rozwijająca w wymianie listów, nie straci przy spotkaniu twarzą w twarz. Wbrew jej obawom pani Abrahams okazała się bardzo energiczną, pogodną osobą. Miała czarne włosy związane w kok, z pojedynczym siwym pasmem na lewej skroni, nosiła okulary w drucianych oprawkach, a przyjechała w przewiewnej kremowej sukni, w kilku miejscach obszytej ciekawą, brązową koronką, wykonaną, jak się zdawało, dość prymitywnie i niezdarnie, lecz egzotyczną i w jakiś sposób fascynującą. Okazała się nieco uduchowiona i ekscentryczna, ale nie w tak przerażający sposób jak ciotka Flora ze Swansea. Chętnie wdawała się z panną Knight w odważne dyskusje, oscylujące pomiędzy polityką, metafizyką i historiami z życia rodzinnego.
- Niezależnie od tego, jakimi słowami zwracamy się do B-ga – w tym słowie za każdym razem robiła zwarcie krtaniowe, aby uniknąć łamania drugiego przykazania – musimy pamiętać o naszych bliskich na wojnie. O pani ojcu w Mombasie i o moim chłopie w dżungli. Szykują tam nową ofensywę, ale nie zapomniał mi przysłać nowych koronek – mówiła pani Abrahams, gładząc egzotyczne obszycie rękawa. – A pani, Emily, co dobrego ostatnio ukochany przysłał?

            Ciepłym wiosennym popołudniem kapitan Scolding, w mundurze wieczorowym o kroju zbliżonym do fraka, wyszedł przed budynek stacji kolejowej w Caerphilly. Był już prawie u celu. Przez ostatnie tygodnie Aberlogwyn urosło w jego myślach do rozmiarów Ziemi Obiecanej. Niekiedy nachodziły go niepokoje, czy w ogóle będzie w stanie znów się cieszyć obecnością Emily i kojącą atmosferą jej domu, położonego na uboczu prowincji. Może wskutek minionych wydarzeń za bardzo się zmienił? Lepiej było o tym nie myśleć, skupić się na wspomnieniu jej spokojnych oczu, delikatnych palców kryjących w sobie stanowczość, która budziła się dopiero wtedy, gdy panna Knight brała w dłoń pióro… Już niedługo nie zabraknie mu takich wrażeń, chyba tylko na widok subtelnej kostki nie będzie mógł liczyć w tak gęstym towarzystwie.
- W drogę wyruszałem sam, a na miejsce dojechało trzech – powiedział, omiatając wzrokiem plac dworcowy.
- To wprost cud, że każdemu z nas udało się dotrzeć w jednym kawałku i po drodze nic się nie zdarzyło – odparł Henry Vincent, ubrany równie uroczyście jak przyjaciel. – Jeżeli masz coś przeciwko, my dwaj możemy jeszcze zawrócić.
- Nawet o tym nie myśl! Jesteś zaproszony, szykują dla ciebie miejsce przy stole.
- Czym sobie na to zasłużyłem?
- Ani chybi w którymś liście wspomniałem o tym, jakim wsparciem byłeś dla mnie w tym trudnym okresie – stwierdził Scolding. – A może po prostu byłoby skrajną nieuprzejmością, gdybyś towarzyszył mi aż do Aberlogwyn, a potem zamknięto ci drzwi przed nosem.
            Ostatni tydzień, pomiędzy Wielkanocą a przyjęciem urodzinowym, Scolding i Vincent spędzili w podróży. Tony musiał przyznać, że ciągle zmieniające się otoczenie nie pozwalało mu zanurzać się w chandrze, czarne myśli nachodziły go coraz rzadziej. I to pomimo faktu, że w ciągu tego tygodnia miał do wykonania dość smutną misję, pojechał bowiem do Bedford złożyć wizytę siostrze Matthewsa. Na miejscu jednak okazało się, że dwa dni wcześniej Dunmore wpadł na ten sam pomysł.
Cały wieczór, aż do później nocy, przesiedział Northumbryjczyk z Dorothy Matthews, pijąc likier migdałowy i wspominając zmarłego przyjaciela, dopóki oboje kompletnie się nie spili. Chyba tylko Opatrzności należało zawdzięczać, że nie doszło pomiędzy nimi do czegoś więcej, zwłaszcza że za trzy tygodnie Dorothy miała brać ślub. Na wieść o tym Dunmore znów poczuł się zdruzgotany, nie tyle samym faktem, że siostra przyjaciela wychodzi za mąż, co tym, że jej wybranek okazał się dentystą. Z tej przyczyny następnego dnia Dunmore upił się ponownie.
Kiedy do Bedford przyjechali Tony z Henrym, panna Matthews, wciąż cierpiąca z powodu nadużycia likieru, wysłuchała tego, co mieli do powiedzenia na temat jej brata. Potem skierowała ich do najbliższej restauracji, gdzie Dunmore urządził tymczasowe centrum dowodzenia. Po spotkaniu z kolegami przyznał, że nie ma się gdzie podziać. Nie chciał wracać do domu po koszu otrzymanym od panny Macnaughton, a biorąc pod uwagę rozwój sytuacji z siostrą Matthewsa, nie miał też zamiaru pozostawać w Bedford. Scolding i Vincent zdecydowali się więc wziąć go do Walii. Co prawda Dunmore nie był do Aberlogwyn zaproszony, sam jednak rozwiązał ten problem w prosty sposób, proponując, że będzie robić za służącego.
- Uważasz, że to się uda? – powątpiewał w dalszym ciągu Vincent, stojąc na schodach dworca. – Wątpię, żeby uznali tam za normalną sytuację, w której oficer i dżentelmen jest służącym drugiego oficera.
- Sądząc po listach, Emily jest dość świadoma społecznie.
- Ale jej matka chyba nie zniesie takiej ekstrawagancji.
- Cóż – stwierdził Tony – to i tak ma większe szanse powodzenia, niż wtedy, gdy poszliśmy do zoo i Dunmore próbował wejść bez biletu, udając lemura.
- Co takiego?! Nigdy nie słyszałem.
- Tak było. Jeszcze wtedy na wyspie Sheppey, gdy dopiero uczyliśmy się latać i po służbie jeździliśmy do Londynu.
- To znaczy co robił? Chodził na czworakach, wspinał się na drzewa?
- Nic z tych rzeczy. Po prostu przy wejściu, zamiast kupić bilet, powiedział: „Jestem nowy lemur i przyszedłem do pracy”.
            Kapitan Dunmore, w odróżnieniu od pozostałych ubrany nie wieczorowo, a w codzienny mundur służbowy, wyszedł z dworca, objuczony walizkami.
- A więc Walia! – zauważył z entuzjazmem. – Deszcz, owce i jeszcze raz deszcz, litery w nazwach miejscowości można by losowo pozamieniać i nikt by się nie zorientował, a wszyscy nazywają się Jones, Evans albo Thomas i śpiewają w chórach. Czuję, że mi się tu spodoba.
            Na oficerów nikt nie czekał. Musieli spędzić trochę czasu przed dworcem, zanim pojawiło się auto, z którego wychynęło znajome oblicze Evansa.
- Trzech panów jest? – zapytał zdziwiony szofer.
- Dwóch i pół – powiedział Scolding. – Otwórz bagażnik.

            Do Aberlogwyn napływali kolejni goście. Przyjechali Welshowie z Ariadną – jej siostra Daphne nie mogła przybyć. Coultowie z Merthyr Tydfil przywieźli syna Percy’ego i córkę Saffron w żółtej sukni, dopasowanej bardziej do jej imienia niż do urody. Przybyli zaprzyjaźnieni przedstawiciele lokalnej socjety, jak doktor Cresnall z żoną i proboszcz z całą rodziną. Pojawił się, oczywiście, sztabsrotmistrz Miakiszew w czerkiesce ze lśniącymi pagonami i zdobionymi srebrem gazyrami, a także Ernie Griffith, podczas gdy ojciec tego ostatniego dopiero wracał z polowania.
Przybył też, z pozdrowieniami od majora Knighta, którego obowiązki trzymały w Afryce, jego przyjaciel, brygadier William Eugene Grubb-Platt, czyli w skrócie wujek Eugene. Spośród pozostałych wyróżniał się środkiem transportu, bo o ile inni dotarli do dworu powozami lub rzadziej autami, on przyjechał wierzchem na karym rumaku. Na prawej ręce wciąż miał opatrunek – utrata trzech palców to poważna sprawa. Nie założył stroju wieczorowego, bo zostawił go gdzieś w Mombasie, tylko idealnie odprasowany mundur służbowy z czerwonymi brygadierskimi patkami i kompletem odznaczeń.
- Tyle lat… – powiedziała pani Knight z uznaniem. – Mąż często pana wspominał, panie brygadierze.
- Tak? – Grubb-Platt uśmiechnął się pod wąsem. – A cóż takiego o mnie naopowiadał? Pewnie, że byłem w gorącej wodzie kąpany i ani chwili nie mogłem dłużej usiedzieć na tył… znaczy, na miejscu?
- Mówił, że był pan bardzo śmiały i zawsze zgłaszał się na ochotnika do najbardziej ryzykownych zadań – odparła gospodyni. – Aż w końcu nagle kazał pan się przenieść w bezpieczniejsze miejsce.
- Bezpieczniejsze, a to dobre! – oficer zachichotał. – Przez jakiś czas byłem doradcą w wojskach radży Manipuru, ale zabrałem się stamtąd, bo mi się nudziło. Wie pani, gazety zawsze dużo piszą o granicy północno-zachodniej, o górach, pustyni i tych dzikich Afgańczykach z wielkimi nożami. Północno-wschodnia nie cieszy się tak złą sławą, a to dlatego, że żaden dziennikarz przy zdrowych zmysłach nie pakuje się do dżungli! Węże, pająki, pijawki i bandy Kukisów… Proszę sobie wyobrazić: patrol, idzie się przez dżunglę, a tu nagle wyłazi na panią taki jeden z włócznią na wierzchu!
- No tak… – odparła Mildred Knight drżącym głosem. – To faktycznie musi być miejsce dla ludzi o nerwach jak końskie postronki.
- W ostatnim liście ojciec napisał, że przyjedzie, jak tylko śnieg spadnie w Afryce – zaniepokoiła się Emily. – Miał na myśli taką długą perspektywę czasową, czy raczej chodziło mu o Kilimandżaro albo coś w tym rodzaju?
- Jeszcze co innego – wyjaśnił wujek Eugene. – Gubernator Niemieckiej Afryki Wschodniej nazywa się Schnee, czyli Śnieg. Kiedy on padnie, to panny ojciec wróci.

            Gdy Tony wysiadł z auta na podwórzu przed werandą dworu, było przed piątą. Słońce spoglądało z południowego zachodu, emanując ciepłem. Scolding poczuł, jak napływa ono w głąb niego samego. Choć był tu przedtem tylko raz, i to dawno, wszystko wyglądało tak znajomo, jakby wyjechał dopiero wczoraj. Czego, a raczej kogo brakowało w tym kojącym krajobrazie? Nie było słychać szczekającego wielkiego brytana, ale to akurat lepiej. Poza tym – Emily nie stała na werandzie tak jak wtedy. Musiała być w środku. Za chwilę Tony przekroczy te drzwi i nadejdzie moment, na który czekał od tylu miesięcy…
Stał, patrzył na wejście do dworu i nagle spostrzegł, że nie może zrobić ani kroku naprzód. Pragnął tej chwili, ale bał się jej, niespodziewanie odniósł wrażenie, że jest zupełnie nieprzygotowany…
- Idziemy – usłyszał za plecami dobitny głos Vincenta i ruszył przed siebie.
Wkrótce znalazł się w znajomej sieni, na znajomych dywanach, a witał go nienagannie odstrzelony Hopper, który wziął od oficerów czapki. Dunmore, podążający na końcu, próbował wcisnąć kamerdynerowi także walizki, ale ten nie miał już wolnych rąk.
            Pani Knight z córką stały na wprost drzwi salonu i witały gości. W środku było już sporo ludzi, ale kapitan Scolding nie miał głowy, by się im dokładniej przyjrzeć, bo natychmiast jego wzrok przyciągnęła Emily. Przy całej swej skromności i prostocie stroju wyglądała tego wieczoru tak olśniewająco, że coś ukłuło Tony’ego w sercu, nie mówiąc już o tym, że nie zwrócił uwagi na nikogo innego. Miała na sobie suknię w kolorze kawy z mlekiem, z koronkowymi aplikacjami, oraz białą bluzkę z jedwabnym żabotem. Nieco pofalowane włosy modnie ułożyła, z pewną asymetrią na lewą stronę. Było w niej coś uroczystego, ale w dalszym ciągu była to ta sama Emily, która od roku stopniowo zagarniała kolejne obszary jego serca. Gdyby nie wspierała się dyskretnie o mały stolik, trudno byłoby zgadnąć, że coś z jej nogą jest nie w porządku.
- Dobry wieczór – powiedział w końcu.
- Dobry wieczór, kapitanie. Nareszcie się doczekałam.
            Sama Emily na widok Tony’ego wpadła w radosną panikę. Była pewna, że głos odmówi jej posłuszeństwa. Tak się nie stało, nieźle sobie poradziła. Miała ochotę już, natychmiast rzucić mu się na szyję, ale okoliczności temu nie sprzyjały. Może później, po obiedzie.
            Wymiana spojrzeń trwała długo. Wtem do kapitana Scoldinga dotarło, że w zasadzie powinien najpierw przywitać się z matką Emily, jako z właściwą panią domu. Od razu przy wejściu taki nietakt! To po prostu straszne… Zdawało mu się, że wyróżnia z szumu rozmów czyjąś uwagę o „nieokrzesanych marynarzach”, lecz sama pani Mildred nie skomentowała jego zachowania, przywitała go życzliwie jak zawsze… Ale czy na pewno? Wyglądała na mniej entuzjastyczną niż ostatnio. Może jednak jest urażona?
- Porucznik Vincent – przedstawił przyjaciela, starając się ignorować podszepty zwichrowanego umysłu. – Człowiek, dzięki któremu w ogóle zdołałem tu dotrzeć.
Henry przywitał się uprzejmie. Czuł, że dobrze wypełnił swoją misję. Przeprowadził Tony’ego przez czarne rafy skryte w jego własnej duszy i doprowadził go na miejsce, do prowincjonalnego dworu, który mógł się dla niego stać złotokopułym pałacem rozkoszy.
- A trzeci z panów? – upewniła się pani domu, spoglądając ponad jego ramieniem.
- To znany pani kapitan Dunmore, jest tu dość przypadkowo – wyjaśnił Scolding, czując się niezręcznie. – Właściwie tylko pomaga. Przyzwyczaiłem się, że mam dwóch skrzydłowych, więc…
- O, dobry wieczór, pamiętam pana! – Mildred Knight rozpoznała trzeciego z lotników. – Zapraszam!
- Proszę na mnie nie patrzeć, mnie tu nie ma – odezwał się Northumbryjczyk z pojednawczym uśmiechem.
- Zapraszam, kapitanie! – matka Emily nie chciała słyszeć sprzeciwu. – Zaraz znajdzie się jakiś taboret.
- Nie chcę sprawiać kłopotu – rzekł Dunmore tonem, który, gdyby nie okoliczności, można by nazywać uwodzicielskim. – Proszę mi tylko pokazać, którędy do stajni, to się rozgoszczę.
- Ależ niech się pan nie wygłupia! – spod uprzejmości pani Knight błysnęła nagle żelazna determinacja. Gospodyni najwyraźniej poczuła się dotknięta i postanowiła, że nie daruje niesfornemu pilotowi swojej gościny, nawet jeżeli ma to oznaczać znalezienie w szybkim tempie dodatkowego nakrycia…
            Scolding wreszcie rozejrzał się po salonie. Wnętrze było znajome, większość gości jednak widział pierwszy raz w życiu. Niektóre twarze budziły chyba jakieś skojarzenia, lecz nie mógł ich należycie przyporządkować do żadnych nazwisk. Dopiero po chwili rozpoznał znajomą postać – Fiodora Miakiszewa.
- Na maszynie przyjechali? – upewnił się Rosjanin. – A my tu już myśleli, że na samolocie!
- Jesteśmy na urlopie – przypomniał Tony. – Nie daliby nam samolotu.
- Żal, no niczego nie podziałasz. Na pewno wy by wykonali niezapomnime wrażenie, przyziemiając się na samolocie tam na polach.
- Może kiedyś, następnym razem…
- Pomnę, jak mój drug, esauł Kamkow, pojechał raz nawiedzić pannę. Przyskakał pod usadźbę w Podmoskowiu, ale tak już po niej tęsknił, że nie chciało się jemu czekać, aż otworzą wrota, więc wziął i prygnął przez płot.
- Konno? – upewnił się Scolding.
- Konieczno, i to nie sam, a z luzakiem, którego wiódł ze sobą. Prosto w klomby!
- Właśnie czegoś takiego bym się obawiał – stwierdził Tony. – Z tutejszego podwórza nie byłoby najlepsze lądowisko.
            Pani Knight, wsparłszy dłonie na biodrach, rozejrzała się po salonie.
- Jeszcze nie ma mojego brata – rzuciła do Scoldinga i jego towarzyszy. – Przy odrobinie szczęścia będą panowie mieli okazję zobaczyć go w wyjątkowej chwili, kiedy akurat nie jest pijany jak lord.
- Robert Alfredowicz ochocił się za zajcami – wyjawił sztabsrotmistrz. – Dłużny był przyjechać na obiad, ale póki jeszcze go niet.
            Pani Mildred wzięła na siebie misję zapoznawania nowo przybyłych z tymi gośćmi, którzy zjawili się wcześniej. Zaczęła od – pogrążonych właśnie w rozmowie – proboszcza i łysego brygadiera armii. Gdy prowadziła Tony’ego ku tej dwójce, coś w twarzy starszego oficera, w tym zawadiackie jasne wąsy, wydało się kapitanowi dziwnie znajome…
Wojskowy spojrzał na nich i jego błękitne oczy rozszerzyły się gwałtownie, jak gdyby zobaczył ducha. Scolding nie mógł mu się dziwić, bo sam zareagował równie wielkim zdumieniem, rozpoznawszy go z bliska.
- A więc to pan? – odezwał się Grubb-Platt, a w jego głosie zaskoczenie mieszało się z rozbawieniem. – No wiecie państwo, jestem w szoku! Pani Knight mówiła o panu, ale myślałem, że żle dosłyszałem nazwisko. Do głowy by mi nie przyszło, że spotkamy się znowu w takich okolicznościach.
- Abu Asifa – powiedział Tony. – Myślałem, że jest pan w Darfurze.
- O jasny gwint, pomyliłem drogę! – brygadier William Eugene Grubb-Platt vel Abu Asifa alias wujek Eugene z rozmachem uderzył się zdrową dłonią w czoło.
- Panowie się znacie? – zapytała zdumiona pani Knight.
- Spotkaliśmy się kiedyś – odparł Grubb-Platt. – Ale to tajemnica.
- Niesamowite – wykrztusił proboszcz.
- I powiedzcie mi teraz, że wojna nie zbliża ludzi – stwierdził brygadier. – Później, kapitanie, porozmawiamy o tym, gdzieśmy przez ten czas bywali. Oczywiście w takim zakresie, w jakim wolno nam o tym mówić!
Seria powitań trwała. Ariadnę Welsh pamiętał Scolding z pierwszego, pechowego obiadu u Knightów, który zakończył się krwawą jatką. Cordelia Harris natomiast tak biła po oczach swą płomienną rudością, że kapitan mimowolnie spojrzał w stronę, z której spodziewał się Dunmore’a, żeby zobaczyć, czy zrobiła na nim wrażenie.
- Czołem, panie kapitanie – pozdrowił go tyczkowaty czternastolatek.
- Panicz Ernest, jak sądzę? – Tony poczuł się nieco pewniej, potrafiąc rozpoznać kolejną osobę.
- Zgadza się – odparł kuzyn Emily. – Wyciągał mnie pan z wody, jak się topiłem.
- Czy przez ten czas nauczyłeś się może pływać?
- A pewnie! – odparł Ernie poważnie. – Nie jestem tym samym człowiekiem co dawniej. Jak Emily złamała nogę, to tatko dał mi szlaban na powożenie, więc musiałem sobie znaleźć inną rozrywkę.
- A w szkole jak sobie radzisz?
- Tam jest mniej okazji do pływania, ale zawsze się coś wymyśli. Chciałem być kawalerzystą, ale chyba prędzej zostanę nurkiem. Kawaleria i tak dzisiaj niepotrzebna.
            I właśnie dlatego powinieneś zostać kawalerzystą, pomyślał Tony, ale powstrzymał się przed wypowiedzeniem tego na głos. Będziesz mieć większą szansę na przeżycie.
Wybiła piąta i nadszedł czas, aby udać się do jadalni. Scolding, oczywiście, posłużył pannie Knight ramieniem. Porucznik Vincent towarzyszył Saffron Coult, a Dunmore – Ariadnie Welsh.
- Dziękuję, że przyjechałeś – szepnęła Emily, gdy w kulturalny sposób przekraczali próg jadalni.
- To ja dziękuję, że mnie zaprosiłaś. Ty beze mnie jakoś sobie dajesz radę, ja bez ciebie – nie bardzo.
- Tęskniłeś za mną?
- Potwornie – odparł Tony. Choć bardzo się starał, nie zawarł w intonacji tego jednego słowa całego cierpienia, jakiego przysparzała mu ostatnio nieobecność Emily.
Podano podwieczorek. U szczytu stołu siedziała sama gospodyni, po bokach mając proboszczostwo i wujka Eugene’a. Dalej goście rozmieszczeni byli zgodnie z wiekiem i rangą. Tony z Vincentem zajmowali miejsca w połowie stołu. Naprzeciwko siedziała Emily, flankowana przez panią Abrahams i Cordelię, na lewo od której usadowiła się reszta panien. Na końcu stołu siedział Ernie Griffith i kilkoro innych małoletnich gości. Dunmore, któremu Hopper przyniósł taboret, także przysiadł gdzieś w tamtej okolicy, ale pani domu surowo zaproponowała mu miejsce obok kolegów z Royal Navy.
Jedno krzesło, między panem Welshem a Miakiszewem, pozostawało puste. Dopiero dziesięć po piątej z sieni dobiegło trzaśnięcie drzwiami, a po chwili do jadalni wgalopował imć Robert Griffith.
- Dobry wieczór wszystkim! – zawołał, zmierzając w stronę wolnego krzesła.
- Znowu się spóźniłeś? – zapytała pani Knight z przyganą.
- Jak to „znowu”, siostro, już cały rok się nie spóźniałem na tak uroczyste przyjęcie. Byłbym szybciej, ale pomyliłem drogę.
- Bo pewnie znowu się opiłeś.
- Robert Griffith nigdy nie pije na polowaniu! – obruszył się pan na Roddbwlch. – Przedtem albo potem, to co innego. Rzeka wylała i musiałem się przeprawiać.
            Emily dzieliła swoją uwagę między Tony’ego a panią Abrahams, kuzynki i przyjaciółki. Saffron Coult robiła maślane oczy do Henry’ego Vincenta, choć ten nie zwracał na nią szczególnej uwagi.
- Nie podoba mi się ten ruski – mruczała Sara Abrahams, spoglądając z niepokojem na Miakiszewa. – Pewnie miałby ochotę urządzić sobie jakiś mały pogromik.
- Znam Fiodora Andriejewicza od miesięcy, jest całkiem porządny – odparła panna Knight.
- Jest rosyjskim oficerem. To już wystarczy.
- W perskiej służbie – uzupełnił Scolding.
- Żydzi w Rosji to jak u nas Irlandczycy – stwierdziła Emily, wykorzystując okazję zmiany tematu.
- A nawet poniekąd Walijczycy – odparła pani Abrahams. – Też mieliście kiedyś króla Dawida.
- A gdyby tak państwo żydowskie założyć w Snowdonii?
- Szkoda, że błogosławionej pamięci pan Herzl na to nie wpadł – przyznała Belgijka. – Może trochę tu zimno, ale prawie wszędzie byłoby lepiej niż w tym nieszczęsnym erecu, o który wszyscy robią tyle szumu. Wiesz, moja droga, czego najbardziej żałuję? Kilkanaście lat temu – pewnie nie pamiętasz, bo jeszcze byłaś mała – prawie się udało z Ugandą. Miałabym rzut kamieniem do wszystkich krewnych, ale twardogłowi się uparli i masz, będą odbijać Turkowi Palestynę.
- Tylko czy takie sąsiedztwo wyszłoby na dobre jednym i drugim? – zapytała Cordelia.
- Z pewnością możemy się sporo nauczyć od siebie nawzajem – odparła pani Abrahams.
- Na przykład?
- Największym nieszczęściem chrześcijan jest to, że się zupełnie oduczyliście mówić o uczuciach. Nie mówiąc już o czynnościach, które towarzyszą ich wyrażaniu.
- Bez przesady – sprzeciwił się Henry. – Mieliśmy Szekspira, Johna Donne’a, lorda Byrona i wielu innych, którzy umieli mówić o miłości w sposób niezwykły.
- No właśnie, niezwykły! Bo to były wybitne indywidualności. A cóż mają począć zwykli ludzie, którym na każdym kroku wmawia się na ten temat jakieś straszne androny?
- Jakiego rodzaju androny, jeśli można wiedzieć? – zapytał Dunmore.
- Potwornego! – stwierdziła Belgijka. – Na przykład, przyjęło się uważać, że jedynie mężczyzna potrafi pożądać. A tymczasem Talmud mówi, że kobieta odczuwa pożądanie dużo silniej, za to znacznie lepiej nad nim panuje.
- Bardzo słusznie! – zgodziła się Ariadna Welsh. – Mądrze gada ten Talmud, kimkolwiek jest.
            Kapitan Scolding już dawno nie czuł się tak odprężony, zadowolony i na swoim miejscu. Kanapki były doskonałe, konfitura może nieco przyciężka, ale i tak wysokiej próby. Aż strach było myśleć, co przygotowała pani Knight na właściwy posiłek. Na towarzystwo też nie mógł narzekać.
A sama Emily? Patrzył na nią z drugiej strony stołu i nie wychodził z zachwytu nad tym, jak pewnie się ona czuje w inteligentnej rozmowie. Spośród uczestniczek dyskusji odzywała się najrzadziej, ale zawsze trafnie. Gdyby tak jeszcze udało się spędzić z nią choć trochę czasu, wyłącznie z nią…
Henry Vincent widział sprawę nieco inaczej. Gościnność domu Knightów przypadła mu do gustu. Obserwując Emily, musiał przyznać, że Tony’emu doprawdy się poszczęściło, a jej matka także sprawiała wrażenie sympatycznej mimo pewnej zgryźliwości. Nawet do służby domowej nie miał zastrzeżeń. Za to dostrzegł, że panna Harris ukradkiem ku niemu zerka, i to coś za często. W pewnym momencie czyjaś stopa pod stołem zaczęła, niby przypadkiem, natrafiać na nogę Henry’ego. Porucznik zawstydzony cofnął nogę, aby uniknąć tak krępującego kontaktu, lecz już po chwili miękkie palce dotknęły jego goleni i na niej pozostały… Zażenowany Vincent znów spojrzał na Cordelię, a ona podniosła głowę znad talerza i zarzuciła nań gęste sieci swoich rzęs. Henry posłał jej spojrzenie przepełnione, jak miał nadzieję, bezbrzeżnym politowaniem, a gdy po kilku sekundach pojedynku wzrokowego odwróciła głowę i jakby nigdy nic włączyła się na nowo do dyskusji, odsunął się nieco z krzesłem, by wyjść poza jej zasięg.
­- Zgadzamy się chyba – twierdziła tymczasem Emily – że w tym temacie pozostaje wiele do zrobienia. I to powinna być praca angielskich kobiet, skoro mężczyzn bardziej absorbuje to, co na froncie.
- Racja! – potwierdziła żarliwie Cordelia. – Kiedy w końcu wrócą z wojny, nie będziemy tymi kobietami co dawniej!
- Gadacie, jakbyście się naczytały Eleonory Partridge – skomentowała córka proboszcza.
- Jestem przekonana, że panna Partridge ma bardzo podobne poglądy – odparła panna Knight, po czym zwróciła się do Tony’ego: – A pan jak sądzi, kapitanie?
- Panna Partridge? Jej felietony są raz lepsze, raz gorsze – powiedział Scolding. – Kiedy ostatnio je śledziłem, raczej szło ku lepszemu, ale od tamtej pory miałem dłuższą przerwę. Pisała coś na ten temat?
- Przyznam, że nie pamiętam – rzekła panna Knight, nagle tajemniczo rozweselona. – Ale znając ją, z pewnością się jeszcze wypowie. Zawsze podkreślała, jak wiele niedocenionej pracy wkładają kobiety w to, by społeczeństwo się nie rozleciało.

Podwieczorek dobiegł końca, pozostała jeszcze ponad godzina do prawdziwego posiłku. Towarzystwo zajęło się dyskusjami w samorzutnie sformowanych gronach. Niektórzy panowie wyszli na werandę zapalić, Mildred Knight wiodła rozmowę z jakimś wujostwem, grupka panien obległa dość zdezorientowanego Vincenta. Emily, wymieniwszy parę komplementów z doktorową Cresnallową, podeszła do Tony’ego.
- Wyjdźmy na świeże powietrze, póki jeszcze widno – zaproponowała.
            Cordelia towarzyszyła im jako starsza kuzynka, pilnując, żeby nie doszło do niczego gorszącego. W sieni Emily wzięła laskę z wieszaka, chociaż nie było to konieczne, bo i tak Tony wziął ją pod rękę.
            Na dworze było rześko, ale wciąż w miarę ciepło, jeszcze nie zaczęło ciągnąć wieczornym chłodem. Słońce stało nisko, już wkrótce miało zazłocić firmament. Na ganku zgromadzili się Miakiszew, wuj Robert i proboszcz. Od pierwszego z nich dym buchał niczym z komina – zamiast kulturalnego tytoniu znów widać palił piekielnie mocną machorkę, owiniętą w urywek „Glamorgan Gazette”. Pani Coult przechadzała się po ogrodzie różanym, ciągle jeszcze każącym czekać, aż pojawią się w nim pierwsze aromatyczne pąki.
            Emily ze swym kapitanem, w asyście panny Harris, ominęli ogród i skierowali się wprost do starego parku. Było jeszcze dość widno, żeby się tam poruszać bez lampy.
- Za każdym razem podziwiam Emily, jak jej się chce wędrować po tej puszczy – rzekła Cordelia.
- Gdybym nie wędrowała, już dawno by te alejki zarosły – odparła panna Knight.
Spacerowali w wolnym tempie. Emily lekko utykała, jej biodro z rzadka trafiało przy tym na Tony’ego. Ten ostatni czuł wzruszenie tak silne, jakby serce mu napęczniało, nie pozwalając zaczerpnąć pełnego oddechu. Był tu, znowu tu był. Dotarł na miejsce, niby obce, a jednak tak bliskie. Emily była przy nim, trzymał ją pod ramię i niczym się nie przejmował: ani bezlitosną stalową lawiną, jaka przewalała się przez całą Europę, ani wizją własnego ostatecznego uderzenia o powierzchnię morza, ani obawami, że zaprzepaści wprawdzie niedoskonałą, ale jednak największą miłość, jakiej kiedykolwiek doświadczył i na jaką może nawet nie zasłużył. Tak, cieszył się tym, czego doświadczał: orzeźwiającym chłodem popołudnia, szumem drzew i miękkim jak kołdra półmrokiem, którym go ogarniały, odblaskiem dojrzewającej zorzy na przezierającym pośród pni stawie, dobrym towarzystwem we dworze… No i oczywiście tą skromną wspaniałością, której dotyk uzdrawiał go, jak gdyby była aniołem.
            Zbliżali się do starej altany. Kiedy byli już o niecałe sto jardów, Cordelia nagle przystanęła.
- Tam jest strasznie – stwierdziła z figlarnym uśmiechem. – Dalej nie idę.
            Emily skinęła głową i pociągnęła Tony’ego ku altanie.
- Kiedy zostanę sławną pisarką – powiedziała – to któregoś dnia wyremontuję to miejsce. Załatam dziurę w dachu i tak dalej. Właściwie dach mogłabym naprawić już w tym roku, ale altana wymaga więcej pracy.
            Weszli do środka, uważając na połamane stopnie; właśnie, to jeszcze pilniejsze niż dach, pomyślała Emily. Uwolniła ramię z uścisku kapitana, o własnych siłach podeszła do ławki i usiadła.
- Co z Cordelią? – upewnił się Tony.
- Stoi na warcie, żeby nikt nam nie przeszkadzał.
- Sprytne – skomentował, dosiadając się do ukochanej.
- Mówiła, że jesteś bardzo przystojny.
- Gdyby mnie zobaczyła po walce z Beduinami, z sińcem na pół twarzy, nie byłaby tak łaskawa.
- Och, już kiedy o tym mówisz, wszystko zaczyna mnie boleć!
- Przepraszam.
- Nie ma za co, przecież to ze współczucia.
- Swoją drogą – stwierdził Scolding, obrzucając wzrokiem oddalone plecy i rude loki panny Harris – ona mi chyba próbowała zbałamucić obserwatora.
- Co? Przecież ma narzeczonego. Zresztą ostrzegałam ją, że Henry jest równie kategorycznie wykluczony jak ty. Ech, Londyn…
            Tony lekko pogładził palce Emily, które tak uwielbiał. Przysunął się do niej nieco, patrząc, czy jej twarz nie powie mu szybciej niż słowa, że posunął się zbyt daleko.
- A więc mamy krótką chwilę dla siebie, dopóki nie zawołają nas na obiad – powiedziała i uścisnęła jego dłoń.
            W tym momencie serce przemówiło samo, zanim rozum zdołał dobrać właściwe słowa. Jakoś tak się złożyło, że twarze obojga równocześnie zbliżyły się do siebie, a usta zatonęły w sobie nawzajem, dopiero teraz stopniowo odkrywając, jak bardzo były siebie spragnione. Z każdą sekundą oboje odczuwali, że im dłużej trwa bliskość między nimi, tym bardziej staje się niewystarczająca. Tony utracił opory i otoczył Emily ramionami, a ona, na ile starczało jej możliwości, starała się oburącz zwisnąć na jego barkach. Wreszcie odchyliła się gwałtownie, chwytając w dłonie twarz kapitana.
- Tyle miesięcy… – westchnęła.
- Byłoby ze mną zupełnie źle, gdyby nie twoje listy – wyznał Scolding.
- Cieszę się, że ci się przydały – odparła, czując, jak serce prawie chce jej wyskoczyć z piersi. – Ja też czekałam z utęsknieniem na każdy z twoich. Ale nawet listy nie dają takich wrażeń jak prawdziwa bliskość, w sensie fizycznym…
Zorientowała się nagle, jak to mogło zabrzmieć. Raptownie poczuła, jak się czerwieni, choć chwilę wcześniej nie miała oporów dyskutować o pożądaniu, i to w towarzystwie.
- To może ty teraz mów, a ja się skupię na całowaniu – zaproponowała, obracając w żart swą niezręczność. – Jak będę miała coś ważnego do powiedzenia, napiszę ci w liście, dobrze wiesz, że na piśmie lepiej mi się formułuje myśli.
- Jesteś taka… niejednoznaczna.
- Może tajemnicza? – Emily uśmiechnęła się. – Nic z tych rzeczy, kapitanie. Jestem zwykłą kulawą panną, która próbuje być intrygująca, a jak to jej wychodzi, to szkoda gadać.
- Wiesz, kim naprawdę jesteś? Przypomnę ci. Jesteś dla mnie czystym uosobieniem całego piękna, którego na tym świecie jest za mało.
- Och, nikt tak nigdy do mnie nie mówi, jestem zupełnie nieodporna…
- Nie chodzi mi wyłącznie o piękno fizyczne – sprecyzował kapitan.
            I znów zaczęli bombardować pocałunkami swe oblicza. Emily wtuliła się w Tony’ego mocniej. Wyglądało na to, że ów poryw serca, którego za każdym poprzednim razem wyczekiwała z coraz większym zniecierpliwieniem, nareszcie nadszedł! Miała ochotę przetestować tolerancję kapitana, siadając mu na kolanach, ale tego nie zrobiła, jedynie jej prawa, nieszczęsna noga zahaczyła delikatnie o jego łydkę.
- Nie wiem czy wiesz, ale nie jesteś pierwszym kandydatem, który wpadł w oko mojej matce – stwierdziła. – A jedynie pierwszym, do którego sama coś poczułam. Paru innych już bywało u nas na obiedzie, ale byli mi równie obojętni jak sieczkarnia w szopie. Zresztą, za młoda wtedy byłam.
- Po prostu dojrzałaś. Ja chyba też.
- Właśnie! – zgodziła się panna Knight. – Muszę ci coś wyznać. Początek naszej znajomości, nawet wtedy, kiedy pierwszy raz tu przyjechałeś, był… rozczarowujący. Liczyłam, że poczuję coś więcej, że porwie mnie wicher namiętności. Wyrzucałam sobie, że coś robię źle, skoro i ty nie wydajesz się porwany. Teraz wiem, że uczucie czasem musi dojrzeć. Zwykle to mężczyźni nie potrafią czekać, co prowadzi do różnych nieszczęść. A potem się okazało, że wcale nie byłeś beznamiętny, tylko taki cierpliwy…
- To prawda, spędzanie wielu godzin w monotonnej scenerii morza pomaga wyrobić cierpliwość.
- …A teraz już wiem bez cienia wątpliwości, że cię kocham – stwierdziła z łatwością, która ją samą zaskoczyła.
            Tony wziął głęboki oddech, jakby ktoś wreszcie podniósł szlaban zagradzający drogę z najgłębszych zakątków płuc. To się działo naprawdę. To była miłość. Trzymając ją w ramionach, czuł, jak zieleni się na nowo jego wyschłe serce.
- Ja też cię kocham, ale w odróżnieniu od ciebie, nie jestem na tyle utalentowany, żeby ci o tym powiedzieć w taki sposób, jak na to zasługujesz – wyrzucił z siebie.
- Nie przesadzaj, chwilę temu udało ci się coś zbliżonego.
            Pocałunki, jakie wymieniali, były tak słodkie, tak bezbrzeżnie pełne prawdziwej światłości, że mogłyby trwać w nieskończoność.
- Atas! – zabrzmiał teatralny szept Cordelii, ostrzeżenie, że ktoś nadchodzi.
Oderwali się od siebie, rzucili ku przeciwnym krańcom ławki. W oddali rozległ się szelest czyichś kroków po listowiu i żwirze. Któż to się włóczy po chaszczach? Tony obejrzał się. Dunmore, a jakże! Nie interesowało go to, co w altanie, podjął rozmowę z panną Harris.
- Pani niezwykłe włosy przypominają mi kogoś – doleciał do nich fragment jego wypowiedzi. – Kogoś, kto, niestety, już nie żyje.
- Ale zmyśla – powiedział Scolding półgłosem. – Przecież Matthews nie był rudy.
            Dalszy ciąg rozmowy nie był zrozumiały z tej odległości, ale Cordelia musiała chyba błyskawicznie spacyfikować Northumbryjczyka, bo szybko zawrócił w stronę dworu.
- Mamy jeszcze chwilę spokoju, nim podadzą do stołu – stwierdziła Emily.
            Kapitan przez chwilę siedział w milczeniu, wsłuchując się w jej głos – wcale niepodobny do głosu skowronka czy do czego tam głos dziewczyny porównują poeci, niski i trochę jakby nienastrojony, ale jakże kojąco ten głos na niego działał. Jeszcze raz dotknął kolejno palców jej dłoni, chociaż nie musiał się upewniać, że to wszystko dzieje się na jawie.
- Czemuż moje palce tak przyciągnęły twoją uwagę? – zapytała zaintrygowana.
- Ponieważ są to wyjątkowo piękne palce, wręcz idealne, godne wyrzeźbienia w alabastrze.
- Ach, to bardzo miłe słowa – stwierdziła. – I dość rzadko spotykane, nawet w książkowych romansach. A już w ogóle nigdy nie słyszałam, żeby kiedykolwiek ktoś powiedział dziewczynie, że ma ładne uszy.
- Zademonstruj, to zaraz usłyszysz.
            Zwiewnym ruchem odsunęła włosy, odsłaniając w całości prawe ucho. Na jego widok Tony po raz już kolejny tego wieczoru doświadczył przypływu czułości.
-  Bardzo harmonijne – przyznał. – Pokaż jeszcze i drugie, a na długo zapomnę o problemach.
            Panna Knight spełniła jego życzenie. Scolding delikatnie przesunął palcem wzdłuż krawędzi jej ucha, a później złożył tam pocałunek, w którym usiłował z jak największą delikatnością zawrzeć całość uczucia, które nim targało tego wieczoru. Jak mu wyszło, tak wyszło, ale Emily roześmiała się życzliwie.
- Jeżeli jeszcze powiesz, że nie przeszkadza ci moja noga, to już w ogóle osiągnę pełnię szczęścia.
- Tu nie ma co przeszkadzać albo nie przeszkadzać. Tak cię po prostu życie uformowało i ja cię kocham, czczę i wielbię w pełni tego, jaka jesteś rzeczywiście.
- Mam nadzieję, że już niedługo będziesz mieć mnóstwo okazji, aby się naprawdę przekonać, jaka jestem.
            Wtuliła się w Tony'ego, a ten objął ją i spontanicznie ucałował w oko. Przez ułamek sekundy sądziła, że ta pieszczota okaże się niezbyt przyjemna, jednak jego usta musnęły jej rzęsę z taką subtelnością, że poczuła, jak serce jej topnieje jeszcze bardziej.
            Przyzwyczaiła się już myśleć o Tonym jako o swoim wymarzonym mężczyźnie, zawsze jednak brała pod uwagę groźną ewentualność, że mogła się okazać dla niego jedną z wielu. Ale on był tak czuły i tak bardzo mu na niej zależało… Jak mogła tak mu nie dowierzać? Wtedy po raz pierwszy pomyślała na poważnie o perspektywie małżeństwa. Dotąd zdawało się jej to odległą przyszłością, prawie fantastyką naukową, na tym etapie znajomości przesadą, ale teraz zadawała sobie pytanie – czyż to nie wspaniała perspektywa być z nim każdego dnia? A nawet, o zgrozo, każdej nocy?
- Na Boga, zaraz się rozpłaczę ze szczęścia, jak Saffron – wykrztusiła. – Ona jest tak uczuciowa, że aż strach. Jak jej pudding nie smakuje, to płacze z rozczarowania, a jak smakuje, to ze wzruszenia. Kiedyś pisała wiersze, ale jak prosiłam, żeby mi jakiś przeczytała, to nigdy nie mogła doczytać do końca, zawsze się rozpłakała w połowie.
- Nabierasz mnie – nie dowierzał Tony.
- Sam się przekonasz. Dziś trzyma się naprawdę nieźle, ale prędzej czy później musi pęknąć, znam ją.
- Pora się zbierać! – dobiegł z oddali półgłośny krzyk Cordelii. – Na razie nikogo nie obeszło, żeście poszli na spacer, ale jeśli się spóźnicie, na pewno zauważą!

            Kiedy cała trójka wróciła do salonu, życie towarzyskie toczyło się w najlepsze. Ariadna Welsh, kusząco rozciągnięta na rekamierze, flirtowała z synem proboszcza. Brygadier Grubb-Platt prowadził z sztabsrotmistrzem Miakiszewem ożywioną dyskusję w bardzo obcym języku, prawdopodobnie perskim. Henry opowiadał Saffron Coult o tym, jak porucznik Davis uniknął śmierci dzięki temu, że złamał rękę, a Saffron płakała ze współczucia.
 - No więc powiedział mi taką mądrość – do uszu Tony’ego dotarł fragment wypowiedzi doktora Cresnalla. – Co jest największym wrogiem kobiety? Majeranek. Tylko, do kroćset, nie wiem, dlaczego niby…
            Dunmore szybko znalazł wspólny język z imć Robertem Griffithem: obaj byli jednakowo niedopasowani, jednakowo wstawieni i, jakby to ujęła pani na Aberlogwyn, dobrali się w korcu grochu. Rozmawiali właśnie o myślistwie i Northumbryjczyk opowiadał wujowi solenizantki, jak poszedł kiedyś z ojcem na polowanie.
- No więc daję ojcu znak: patrz, tam za krzakiem! Na pewno jeleń! Ojciec podrzuca dubeltówkę do oka, pif-paf – a tu zza krzaka piętrowy bluzg! Coś jest nie tak, myślę sobie, nigdy w życiu nie słyszałem, żeby jeleń tak parszywie klął. A ojciec do niego z drugiej lufy, bo jeleń czy nie, o kulturę trzeba dbać! A potem się okazało, że to był stary Moffatt.
- Moffatt był jeleniem? – Griffith przyjrzał się oficerowi mętnym wzrokiem.
- Można to i tak ująć – przytaknął Dunmore. – Nic mu się nie stało, takie tam draśnięcia, ale i tak podał nas do sądu.
            W tym momencie Mildred Knight przyszła z jadalni i zapowiedziała, że obiad zaraz zostanie podany.
- A propos strzelania, coś mi się przypomniało – stwierdził Griffith. – Pozwoli pan, Dunmore, na chwilę na zewnątrz?
            Goście zajęli miejsca, choć kilkorga jeszcze brakowało. Emily z ulgą stwierdziła, że w razie czego to nie ona i Tony byliby parą, która ściągnęłaby na siebie uwagę spóźnieniem. Iris i służąca z Roddbwlch krzątały się wokół stołu.
- Jeszcze będzie deser – oznajmiła panna Knight, spoglądając na swego kapitana z drugiej strony stołu. – Wieczór się mocno przeciągnie.
            Prawie wszyscy już przyszli, ale zanim przystąpiono do posiłku, z miejsca wstał William Eugene Grubb-Platt.
- Panie, panowie i oficerowie marynarki wojennej – zagaił. – Choć każda okazja jest dobra, żeby zjeść, a przede wszystkim się napić, zebraliśmy się tutaj, by świętować dwudzieste urodziny naszej drogiej Emily, córki mego przyjaciela, który, niestety, nie mógł dziś zobaczyć własnej córki, wchodzącej w tak poważny okres życiowy, w którym powinny wkrótce nastąpić diametralne zmiany, bo ze swymi dzielnymi Pusztunami bije Niemca w Tanganice. Atena, o ile kiedykolwiek istniała, to bogini wojny i mądrości. Nam dała to pierwsze, niech więc przynajmniej Emily udziela tego drugiego. W dalszym ciągu. Za to i za nią wypijmy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger.