4 lipca 2015

Kącik Kulturalny Kal - recenzja

Witajcie!
Trochę czasu minęło, życie dalej się toczy, obowiązków miałam aż za dużo, ale nareszcie  nadeszły wakacje (dla studenta zbawienne), więc mogę nadrobić kilka zaległości. 
Dziś przychodzę do Was z obiecaną daaaaaawno recenzją ekranizacji Niezgodnej panny V. Roth, która stała się właściwie recenzją całej serii.
            Obiecałam Wam też recenzję trylogii 50 Odcieni, więc wyczekujcie jej niebawem (w każdym razie na pewno w te wakacje J ). Pamiętajcie też, że możecie zgłaszać swoje propozycje do recenzji TUTAJ.
Przypominam, że tekst zawiera spoilery i ma charakter subiektywny. Jeśli nie zgadzacie się z moim zdaniem możecie (a nawet powinniście) to napisać, ale pod warunkiem, że zachowacie pewien poziom kultury osobistej J

Zaczynamy!


Trylogia Niezgodna
Veronica Roth

            Dawno, dawno temu (czyli w niedalekiej przyszłości), istniała pewna nieruchomość o nazwie Chicago. Konkretniej… fabryka papieru toaletowego Chicago. Firma ta słynęła z produkcji pięciu rodzajów papieru, a każdy z nich posiadał niesamowite właściwości. Papier szary, o wdzięcznej nazwie Sztywniak, służył do sprawiania bólu dupy mądralom tego świata. Papier niebieski, który okrzyknięto Erudytą, cytował klasyków literatury i dawał korki z chemii przy każdym posiedzeniu. Z kolei czerwony w żółte groszki, mianowany Serdecznym, był mięciutki i milutki, ale tylko do czasu jego użycia. Wykorzystany, stawał się nie do zniesienia. Był jeszcze jeden, czarno-biały. Nazywali go Prawym, bo po lewej nie wyglądał najlepiej. Poza tym działał trochę jak lusterko złej królowej z bajki o Śnieżce (­– Hej, srajtaśmo, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie? ­– Na pewno nie ty, brzydalu!). Ostatni był cały czarny. Nazywano go Nieustraszonym, bo co druga rolka nabita była ćwiekami i nigdy nie było wiadomo, na jaką się trafi, więc trzeba było mieć sporo odwagi, by po niego sięgnąć.


            Tak (mniej więcej) widzę zarys świata przedstawionego w książkach, ale recenzja ma dotyczyć ekranizacji Niezgodnej i Zbuntowanej. Właściwie… mój toaletowy pogląd pasuje również do filmów – wychodzi na jedno. Całość należy do, popularnego w obecnych czasach, nurtu antyutopijnego.
            Rzecz dzieje się w Chicago przyszłości. Miejsce akcji jest ograniczone tylko do tego jednego miasta, które jest odcięte od reszty świata. Mieszkańcy są podzieleni na pięć frakcji, z których każda reprezentuje inną wartość – mamy więc Prawych, którzy bez względu na konsekwencje pozostają wierni prawdzie, Erudytów – inteligentnych naukowców, Serdecznych – żyjących w zgodzie z Matką Naturą i ludźmi, Nieustraszonych, stojących na straży porządku oraz Altruistów, bezinteresownych i cichych, zawsze skorych do pomocy. Istnieją również osoby bezfrakcyjne – wyjęte spod prawa, które nie przeszły nowicjatu, bądź z własnej woli opuściły frakcję.
            Wybór frakcji zależał od człowieka, a pomóc w podjęciu decyzji miał test przynależności. Z reguły jego wynik wskazywał jedną frakcję, ale zdarzało się, że osoba posiadała więcej, niż jedną dominującą cechę. Takich ludzi określano mianem niezgodnych i uważano ich za zagrożenie.

            Zamysł wygląda nieźle, niestety wykonanie jest gorsze. Styl autorki pozostawia wiele do życzenia, a polskiego tłumaczenia serii wolę nie komentować. Można się domyślić, że ekranizacje tylko pogorszyły sprawę. Niedociągnięcia fabularne są widoczne gołym okiem, bez najmniejszego wgłębienia się w produkcje. Mam wrażenie, że autorka po napisaniu pierwszej części nie miała pojęcia jak dalej rozwinąć akcję i działała na oślep, wykorzystując wszystkie pomysły, które przyszły jej do głowy. Scenarzysta natomiast, próbując ratować sytuację, tylko ją pogorszył i wyszło… nie, właściwie nie wyszło.

            Dobór aktorów pozostawia wiele do życzenia, moim zdaniem ¾ obsady kompletnie nie pasuje do swojej roli. Jedyne, co mogę pochwalić, to obsadzenie Kate Winslet w roli Jeanine i Jaia Courtneya w roli Erica. Właściwie dla tej dwójki obejrzałam dotychczasowe ekranizacje serii.
            Efekty specjalne jak na dzisiejsze możliwości wyglądają miejscami po prostu sztucznie, niemniej zdarza się, że pomagają zatrzeć niedociągnięcia montażu.
            Jedyne kwestie, które podobają mi się całkowicie, to charakteryzacja, scenografia i kostiumy. Artystom, którzy byli za nie odpowiedzialni, należą się ogromne brawa!

            Muszę przyznać, że po tych ekranizacjach spodziewałam się nieco więcej. Zbuntowana trochę ratuje pozycję Niezgodnej, gdyż zarówno gra aktorska, jak i scenariusz oraz efekty specjalne przeszły pewną metamorfozę, która wyszła filmowi na dobre. Może Wierna poprawi te elementy jeszcze bardziej i zmieni moje zdanie o całej serii – ma na to w końcu aż dwa filmy. Pozostaje mi tylko czekać na pierwszą część do przyszłego roku z nadzieją, że nie rozczaruje mnie tak, jak jej poprzedniczki.


            Dotychczasowy dorobek trylogii oceniam na 4. Co dalej – zobaczymy przy okazji Wiernej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger.