12 lipca 2014

Kącik Kulturalny Kal - recenzja




Witajcie. Na wstępie mam dla Was kilka uwag.
Po pierwsze - recenzja zawiera spoilery i ma charakter subiektywny. Jeśli nie zgadzacie się z moim zdaniem, możecie to napisać, ale zachowując pewien poziom kultury. 
Po drugie - dzisiaj rusza kolejna ankieta, w której wybierzecie temat recenzji w sierpniu. Link TUTAJ.
Po trzecie - możecie już zgłaszać swoje pozycje do ankiety na wrzesień w zakładce Kącik Kulturalny Kal.




Normal people scare me - American Horror Story, sezon pierwszy.

            Normalni ludzie przerażają nie tylko Tate’a Langdona, ale również mnie. Powodów nagromadziło się już wiele, ale najważniejszym jest chyba to, że sama do normalnych nie należę.



AHS to, razem z Sherlockiem, mój ukochany serial. Obok wspaniałej obsady (m.in. Jessica Lange, Denis O’Hare, Evan Peters) i fabuły ze zjawiskami paranormalnymi w tle, Ryan Murphy i Brad Falchuk serwują nam odrobinę ironii i czarnego humoru oraz olbrzymią dawkę erotyki. Każdy sezon to inna historia i nowi bohaterowie. Drugi jest groteskowym obrazem szpitala psychiatrycznego, trzeci opowiada o sabacie czarownic, natomiast bohaterem pierwszego jest nawiedzony „Dom Morderstw”.

Rodzina wprowadza się do starego domu, który okazuje się być opętany – brzmi znajomo, prawda? Nic bardziej mylnego. Co się wydarzy, jeśli nie będziemy w stanie odróżnić ducha od żywego człowieka? Zwariujemy? Popełnimy samobójstwo? Zginiemy, bo zmarli chcą dostać coś, czego nigdy z własnej woli nie oddamy? Scenarzyści, opierając się na schemacie, stworzyli coś zupełnie nowego i oryginalnego. Prosty pomysł zaskakuje skomplikowanym wykonaniem – wprowadzone zostały motywy, które w rzeczywistości nigdy nie miałyby miejsca, a (przy zachowaniu pełnej realności wydarzeń) znajdują w serialu uzasadnienie swojej obecności.
Cały sezon przedstawia nam historię rodziny Harmonów oraz innych mieszkańców ich domu. W każdym odcinku uchylony zostaje rąbek tajemnicy - wystarczająco, żeby jednocześnie odrobinę zaspokoić i rozbudzić ciekawość widza. Jednym z najbardziej wyrazistych (i moich ulubionych) charakterów jest Tate Langdon (Evan Peters). Z początku wydaje się być nastolatkiem, który przejawia nadmierne skłonności do agresji. W miarę rozwoju akcji dowiadujemy się, że jest… martwy. Co z tego wynika? Dowiecie się oglądając serial.  
Cóż by to była za fabuła, gdyby zabrakło w niej wątków romantycznych (erotycznych!)? Człowiek i duch – nie ma sprawy! Może dziecko do tego? Jasne, takie rzeczy się zdarzają. W prawdzie nie w rzeczywistości, ale w American Horror Story na pewno.
Nie sposób nie wspomnieć też o muzyce. Wspaniałe aranżacje (próbka TUTAJ), niesamowicie wpasowane w klimat, pobudzają wyobraźnię i wywołują przyjemny dreszczyk.
Jak każda tego typu produkcja, serial ma swoje słabe strony, które jednak na tle całości nie mają większego znaczenia - dopiero gdy się przyjrzymy, na ułamek sekundy możemy zobaczyć kamerę w lustrze, gdzieś z boku przemknie nam kończyna kogoś z ekipy technicznej albo obraz zacznie „skakać”, bo montaż jest niejednolity…

W skali 1-10 oceniam American Horror Story na 9,75 (minus jedynie za błędy techniczne). Polecam go serdecznie wszystkim tym, którzy lubią mroczny klimat, zaskakujące zwroty akcji i niedomówienia pozostawiające sporo miejsca na własne refleksje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger.