31 sierpnia 2018

Rozdział miesiąca – lipiec


https://predkosc-ucieczki.blogspot.com/2018/07/rozdzia-vii.html
Rozdział VII
Szalone Guru
FanFiction / M&A / Naruto




Godzina Szczura przykryła Kusagakure mleczną mgłą. Bezwietrzna, chłodna noc rozwlekła się między zniszczonymi wojną zabudowaniami. Powietrze pachniało jesienią. Suchy liść zaszeleścił pod stopami Kazuko, gdy zmierzał ku wejściu do nisko osadzonego budynku. Obszedł go dwa razy dokładniej niż zazwyczaj, próbując dostrzec najwęższe pęknięcie i najmniejszy ubytek w jego zewnętrznej strukturze.
Od kilku tygodni oddziały taktyczno-skrytobójcze Wioski Trawy miały ręce pełne gównianej roboty. Kazuko, jako najmłodszy ze swojego oddziału, deptał w owym gównie po pas, brodząc od jednego podłego zadania do drugiego. Nie o takiej chwale marzył, gdy po raz pierwszy skrywał twarz za maską kota. Podrapał się po karku, zadrżał z zimna i wszedł do zbrojowni.
Przywitała go ciemność i drażniąca nozdrza woń wilgoci. Szedł długim korytarzem, a podkute blaszkami buty stukały w rytmie jego kroków. Z korytarza wszedł do pomieszczenia socjalnego, w którym można było odpocząć (o ile da się odpocząć na krzesłach tak twardych i niewygodnych, jakby były karą za samą myśl o zmęczeniu) i ponarzekać na ciężki los elitarnych jednostek mało elitarnej Wioski.
Przeszedł przez pokój bez słowa i wszedł do szatni. Skinął głową przebywającym w niej shinobi i usiadł ciężko na szerokiej ławce ustawionej między rzędami szafek. Zaczął powoli ściągać kamizelkę ochronną, przysłuchując się rozmowie starszych kolegów z drużyny.
— To zwykła obelga! — warknął wysoki na prawie dwa metry mężczyzna o podkrążonych oczach i poszarzałej od zmęczenia twarzy. — Jak Konoha mogła odrzucić naszego Kage i jego ofertę?! Puszą się, bo mają większą siłę militarną i myślą, że mogą pomiatać mniejszymi Wioskami.
— Nie sądzisz, że żądanie zmiany warunków traktatów pokojowych sprzed kilku lat to jednak zbyt zuchwałe posunięcie? — Odpowiedział mu znacznie niższy mężczyzna o flegmatycznym głosie i złotych oczach.
— Kraje Ognia i Ziemi skrzywdziły nas swoimi papierkami. Sram na te ich traktaty i dłonie, które je pisały! To my, Wioska Trawy ucierpieliśmy najbardziej podczas wojny i co mamy w zamian?
— Gówno? — Kazuko odezwał się po raz pierwszy od momentu wejścia do budynku. Nie podniósł jednak wzroku, skupiając swoją uwagę na rozpinaniu butów o wysokiej jak na standardy ANBU cholewce.
— Młody dobrze gada — odpowiedział ten wysoki, śmiejąc się przy tym gardłowo. — Jeszcze trochę i będziesz brał udział w trudniejszych misjach.
Jeżeli był to komplement, to nie zrobił on na chłopaku wrażenia. Wzruszył tylko ramionami.
— Jaka była najtrudniejsza misja, w której braliście udział, senpai? — zapytał, spoglądając na mężczyznę. Ten napuszył się odrobinę.
— Wiesz, że to tajne, gówniarzu?
Kazuko znów wzruszył ramionami.
— Rusz lepiej tyłek, kocie. Służba skończona, możesz wygrzać kości w ciepłym łóżku, a nie szukać przyjaciół tam, gdzie ich nie ma.
Hai, hai.
Paskudne warunki rzeźbią paskudne charaktery.
Kazuko prychnął pod nosem, gdy został sam. Odczekał kilka sekund i zapiął niemal rozpięte już buty. Założył szarą kamizelkę, którą jeszcze chwilę temu odłożył na ławkę. Podszedł do swojej szafki, by wyjąć z niej przepustkę do budynku więziennego. Drzwiczki otworzyły się z cichym skrzypnięciem zawiasów, w nozdrza uderzył metaliczny zapach krwi. Z wnętrza spoglądały na niego przekrwione oczy martwego Manabu Kazuko, syna dzielnego Akihito i pięknej Mai.
Wyszperał to, czego szukał między wygiętym, zimnym ciałem a ściankami szafki i z trzaskiem zamknął drzwiczki. Założył maskę, chowając przepustkę do kieszeni, po czym uaktywnił kekkei genkai, którego nie posiadał prawdziwy Kazuko.
Hyūga Aya omiotła budynek wszechwidzącym spojrzeniem byakugana.
— Gdybyś tylko widział, jak ja się dla ciebie poświęcam, Hatake — mruknęła, uśmiechając się pod maską.
Czas wyruszyć na poszukiwania drogi do wolności.





***
Szary, gryzący dym unosił się wokół zalanego tłuszczem sklepikarza. Kakashi odchrząknął dyskretnie, nie chcąc dać po sobie poznać, jak bardzo przeszkadza mu gęsty niczym smoła dym tytoniowy. Odnosił wrażenie, że pomieszczenie, do którego go zaprowadzono nie było wietrzone od czasu powstania sklepu z bronią. A ten podobno stał tu jeszcze przed wojną.
Gospodarz, podstarzały mężczyzna z długim wąsem splątanym w dwa opadające na policzki warkocze, przyglądał się kunaiowi, który chwilę temu pokazał mu jōnin. Mrużył oczy i zaciągał się bambusową fajką, pokasłując przy tym co jakiś czas. Długie, przyprószone siwizną włosy związane miał w niedbały, otłuszczony kucyk.
Trwało to stanowczo zbyt długo i Kakashi zaczynał się niecierpliwić. Czas uciekał mu przez palce i każda kolejna minuta, w której Hyūga hasała bez nadzoru, „załatwiając delikatniejsze sprawy”, dokładała cegiełkę do coraz potężniejszego muru irytacji. Nie powinien był jej ufać. Wydawało mu się, że brunetka wskazała mu to miejsce jako najpewniejsze źródło informacji tylko po to, by zyskać na czasie. Jeżeli planowała ucieczkę, to obiecał sobie i wszystkim kami tego świata, że kobieta nie ucieknie daleko. Znajdzie ją i zaprowadzi prosto do celi, z której wypełzła.
— Czy możesz mi powiedzieć coś o pochodzeniu tego ostrza? – zapytał w końcu, skupiając wzrok na tłustej twarzy mężczyzny.
— Przeżytek. Dobrze wykonany, ale nie używa się już tej techniki, w większość miejsc w każdym razie. — Handlarz uśmiechnął się cwaniacko.
— Czy w Kusagakure jest miejsce, w którym stosuje się jeszcze ten stop i technikę?
— Nie, mój zamaskowany przyjacielu. Na bieżąco przechwytujemy nowinki z sąsiednich krajów, nie patrz na moich rodaków z góry, shinobi.
Przeklęta duma narodowa.
— Gdzie znajdę kogoś, kto używa tego stopu?
— Wbrew pozorom całkiem blisko, ale ta informacja nie będzie darmowa, przyjacielu.
— Nie jestem twoim przyjacielem, handlarzu.
— Każdy klient jest przyjacielem, dopóki nie skończymy transakcji. Wiedza jest cenna, shinobi.
Kakashi zasępił się. Handlarz nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak trafna w przypadku jōnina jest ta uwaga. Od kilku dni użera się ze zdrajczynią tylko dlatego, że ta wie trochę więcej od niego. Westchnął, drapiąc się po potylicy. Nie mógł zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, więc musiał grać według zasad wolnego rynku. Pogrzebał w kieszeniach kamizelki i rzucił na stolik małą sakiewkę. Monety ukryte w lnianym płótnie zabrzęczały zachęcająco. Oczy sprzedawcy błysnęły chciwością.
— Widzisz te żłobienia na ostrzu? — Handlarz przejechał palcem po ciemnej stali, wskazując proste, niezwykle cienkie i płytkie nacięcia. Kakashi przytaknął. — Każdy wytwórca broni, chcąc nie chcąc, zostawia na swoim towarze znak rozpoznawczy. Drobne rysy i mankamenty, charakterystyczne dla techniki i sposobu pracy. Ten konkretny kunai pochodzi z małej kuźni w Kraju Ognia. Zaskoczony? — Spojrzał z triumfem na Kakashiego, którego marsowa mina pozostawała niezmiennie znużona — Nie? Cóż, was ninja ciężko czymkolwiek zaskoczyć. Chyba tylko wojną. — Zaśmiał się, jakby opowiedział najprzedniejszy dowcip. — W każdym razie, mistrz, którego szukasz rezyduje w Narakugakure. Choć z tego, co pamiętam, Kraj Ognia nie przyznaje się do tego miejsca. Naraku jest prawdziwą zadrą w oku waszego daiymō, ne?
Kakashi skrzywił się pod maską. Fantastycznie, pomyślał. Wstał, zbierając kunai ze stołu.
— Dyskrecja też kosztuje, przyjacielu.
Jōnin zaklął w myślach. Dorzucił tłuściochowi kilka monet, w myślach życząc mu zmiany nastawienia, nim niezadowolony klient rozmaże jego tłuste ciało na brudnej ścianie. Podziękował za informacje i wyszedł na chłodną, jesienną noc.
Narakugakure było praktycznie wolnym miastem położonym tuż przy głównym porcie Kraju Ognia. Wolnym, wyjętym spod prawa i pozbawionym opieki daiymō miejscem, w którym aż roiło się od zabójców, naciągaczy i zbiegłych ninja do wynajęcia. Fakt, że obdartusów (jak nazywała ich Hyūga), którzy mieli nieco spowolnić ich podróż, wynajęto właśnie w Naraku zdziwił go tylko odrobinę. Wciąż był przekonany, że stoi za tym ktoś z Kusagakure i z doświadczenia wiedział, że jedno nie wyklucza drugiego. Ku swojemu zniesmaczeniu pomyślał, że powinien przedyskutować odkrycie z Ayą.
Zatrzymał się nagle, w połowie kroku, gdy z mgły wyłoniły się sylwetki drużyny patrolującej ulice. Mocniej naciągnął kaptur na głowę. Prawdopodobieństwo, że rozpoznają go w nikłym świetle ulicznych lamp, było niewielkie. Wolał jednak nie ryzykować niepotrzebnej potyczki, która mogła skończyć się trzema kłopotliwymi trupami. Patrolujący zwrócili wzrok w jego stronę, Kakashi ukłonił się nisko, trzymając kaptur, by nie zsunął się z jego głowy. Kobieta, która szła pośrodku skinęła mu głową, dając znak, by szedł dalej.
Kakashi pomyślał, że gdyby jego podwładni podchodzili do swoich obowiązków równie nieprofesjonalne, urządziłby im piekło na ziemi. Gdy drużyna młodych shinobich przeszła obok niego, odwrócił się i przez chwilę przyglądał się ich plecom, próbując wychwycić strzępki rozmowy.
— Dlaczego musimy patrolować puste ulice?
— Nie są puste, widziałeś tego staruszka przed chwilą, nie? — maruda przytaknął. — Widzisz, nie są puste.
— Tak czy inaczej to niesprawiedliwe, że my musimy szlajać się w tym zimnie, kiedy Sato i reszta urządzają sobie wycieczki do Getsugakure.
— To nie wycieczka tylko eskorta, młotku. Chciałbyś pilnować rozwydrzonego bachora przez tydzień? Nie sądzę…
Dźwięki zaczęły rozmywać się w gęstej mgle, gdy drużyna geninów oddaliła się od Kakashiego. Coś w rozmowie nowicjuszy sprawiło, że w jego podświadomości zapaliła się czerwona lampka. Był świadom, że genini nie wiedzieli wiele o polityce swojej wioski, tajnych misjach i planach Kage, jednak czuł, że nieświadomie podsunęli mu wskazówkę. Zmrużył oczy, wpatrując się w ciemność, w której utonęła trójka młodzików. Czuł nieprzyjemne, niedające się zignorować swędzenie na skraju świadomości.
Getsugakure.
Szczur.
Hotaru.





***




Krople gęstego deszczu z sykiem opadały na ulice Konohy. Brązowe liście tańczyły na wietrze. Sarutobi Hiruzen w zamyśleniu przyglądał się spowitej deszczem wiosce. Czas biegł nieubłaganie, nie zważając na ludzkie potrzeby i zmartwienia. Starzec pogładził siwą bródkę dłonią porytą zmarszczkami. Jak wiele lat będzie musiał jeszcze czekać, aż pojawi się kolejny godny zastępca? Nieszczęście, które przywróciło go na urząd Hokage zdawało się ukrywać w cieniu każdego z mijanych drzew. Tak jakby ciągnęło się za nim i czekało na odpowiedni moment, by uderzyć i zniszczyć jego kruche życie. O ile Hiruzen był na to gotowy, o tyle Konoha wręcz przeciwnie. Nie widział nikogo, komu mógłby powierzyć bezpieczeństwo i przyszłość ukochanej wioski.


ANBU w masce tygrysa pojawił się za oknem, przerywając rozmyślania starego Hokage. Patrząc na porcelanową maskę swojego shinobi, Hiruzen mimowolnie pomyślał o Hatake. Nie potrafił wyzbyć się duszącego przeczucia, że wysłał kolejnego wiernego geniusza na śmierć. Starzec otworzył okno i sięgnął po nieduży zwój, który przyniósł mu podwładny. Kilka lakonicznych słów nakreślonych przez Ibikiego ułożyło się w niepokojącą wiadomość. Pomimo prężnych wysiłków nie udało się wyrwać En no Gyōji ze szponów osobliwej techniki. Sarutobi zwinął kartkę, odprawiając ANBU ruchem głowy. Odwrócił się na pięcie i wyszedł ze swojego biura. W jego zmęczonym umyśle kiełkowało kolejne poważne zmartwienie.


Ibiki Morino, wysokiej klasy specjalista od indagacji, rezydował w warunkach niemal polowych. Choć przylegające do jego biura pokoje przesłuchań wyposażone były w sprzęty z najbarwniejszych koszmarów przestępców, jego biuro pozostawało szare, proste i do bólu surowe. Zupełnie jak jego pokryty licznymi bliznami właściciel.
Ibiki opadł ciężko na krzesło ustawione za wąskim biurkiem. Po raz pierwszy od bardzo dawna brakowało mu pomysłów. Irytacja powoli zalewała jego umysł. Pomimo ogromnych wysiłków jego zespołu En no Gyōja, przywódca klanu Tsuchigumo, wciąż był zamknięty w dziwnej iluzji. Bezczelność tej sytuacji przyprawiała go o ból głowy. Morino sięgnął do szuflady biurka, w której trzymał zatyczki do uszu, kilka plastrów, trochę broni i całą masę ziołowych pigułek przeciwbólowych. Łyknął kilka z nich, popijając je zimną kawą. Była obrzydliwa, ale nie skrzywił się. Policzył do dziesięciu i wyszedł z gabinetu.
Na korytarzu czekał na niego Trzeci Hokage, eskortowany przez dwóch ninja z oddziałów taktyczno-skrytobójczych. Ibiki ukłonił się przywódcy z szacunkiem.
— Zaniepokoił mnie twój raport, Ibiki. — Głos Hokage był zimny, niemal surowy.
— Proszę wybaczyć, ale wciąż pracujemy nad sprawą…
— Chcę go zobaczyć.
En no Gyōja wyglądał, jakby gasła w nim wola ognia. Długie siwe włosy zroszone potem kleiły się do jego głowy. Yamanaka Inoichi siedział przed starcem, po raz kolejny próbując wedrzeć się do jego umysłu. Krople potu perlące się na czole mężczyzny lśniły w ostrym świetle jarzeniówki.
Hiruzen w zamyśleniu przyglądał się wysiłkom głowy rodu Yamanaka zza weneckiego lustra. Wybudzenie starca bez wątpienia dostarczyłoby im cennych informacji, ale czy było bezpieczne dla wioski? Kakashi najpewniej właśnie wykonuje najbardziej zuchwały rozkaz, jaki padł z ust Trzeciego Hokage. Znalezienie kinjutsu było jedynie kwestią czasu, a wtedy będzie mógł ukryć je bezpiecznie w Konosze i nie martwić się o zagrożenie, jakie stanowiło dla wioski.
— Co o tym sądzisz, Ibiki?
— Myślę, że En no Gyōja wcale nie chce opuścić iluzji albo sam się w niej zamknął.
Sarutobi uśmiechnął się pod nosem, przytakując podwładnemu.
— Zostawcie go w tym stanie i zabezpieczcie pokój. Niech nikt nie wchodzi do środka i niech nikt nie wie o tym, że Tsuchigumo tu jest.
— Szanowny Hokage, ale…
— Zaprzestańcie swoich starań. To rozkaz.



***




Hatake Kakashi stał w ciemności oparty o szorstką korę miłorzębu. W dłoni obracał złotobrązowy liść. Pomimo mgły i ciemności osłaniał twarz kapturem. Stał lekko przygarbiony od zimna, wyraźnie zamyślony. Wilgotne liście i mech zatrzeszczały pod jego stopami, gdy odwrócił się w stronę przybysza. Nie rozpoznawszy obcego, zjeżył się i spiął mięśnie, gotowy do ataku. Upuścił liść, sięgając do ukrytej kieszeni wypełnionej ostrymi happa-shurikenami.
Kakashi przyjrzał się szczupłemu młokosowi, skrywającemu twarz pod maską kota. W jego ruchach było coś znajomego. Coś niepokojącego. Kakashi odrzucił kaptur i chwycił wolną dłonią ochraniacz, by odsłonić sharingana.
— Nie marnuj czakry, Hatake. — Obcy odezwał się słodkim głosem Ayi Hyūgi. 
— Niezły kamuflaż — mruknął, chowając broń.
— Zachwyty nad moją cudownością zostawmy na później — odpowiedziała rozbawiona, na co Kakashi przewrócił oczami, obiecując sobie, że kobieta już nigdy nie usłyszy pochwały z jego ust. — Nakarm mnie i zabijmy dziada, który włada tą opuszczoną przez bogów wioską.
— Zanim ruszymy na polowanie, muszę zadać ci kilka pytań.
— Znowu? — Hyūga westchnęła teatralnie, co w jej aktualnej formie wyglądało raczej przerażająco. Kakashi znał i stosował Henge no Jutsu, nigdy jednak nie udawało mu się korzystać z techniki równie swobodnie i długo. Wiedział jednak, że wśród szpiegów jest jednym z podstawowych narzędzi pracy. 

Aya zajadała się ostatnimi kulkami żywieniowymi, jakie zostały w ich skromnych zapasach. Wmawiała sobie, że są pyszne niczym świeże miso i soczyste jak dojrzały w słońcu grejpfrut. Spojrzała na Kakashiego oczami Kazuko. Przyglądał jej się uważnie, żując w ustach swoją porcję.
— To o co chciałeś zapytać?
— Jak dokładnie wygląda kinjutsu?
Hyūga uśmiechnęła się.
— Metr trzydzieści, jasne włosy, zielone oczy i lubi nosić się w różu.
Kakashi poczuł jak krew odpływa mu z twarzy. Dlaczego nie zapytał o to wcześniej? W głowie huczały mu słowa geninów, których minął na ulicy niespełna godzinę temu.
— Hotaru — wymówił imię dziewczynki niemal bezgłośnie. Smakowało gorzko, niczym porażka spowodowana niedopatrzeniem. — Nie ma jej tu. Nie ma jej w Kusagakure.
Ręka Ayi zatrzymała się w połowie drogi do ust, przełknęła ślinę i przeniosła wzrok z jedzenia na zamaskowaną twarz Kakashiego. Przez myśl przebiegły jej szalone pomysły na to, jak mogłaby zdjąć ciemny materiał i spojrzeć na jego rysy wzorkiem niezniekształconym przez byakugana. Skrzywiła się, odgruzowując umysł.
Powinna była domyślić się tego, gdy po godzinie poszukiwań nie natknęła się na świeży ślad Hotaru. Naprawdę myślała, że to będzie takie proste? Że znajdzie dziewczynkę i umknie Kakashiemu zarazem z najgroźniejszym dzieckiem Tsuchigumo? Niech to Raijin pieprznie.
— Wiedziałam, że coś się nie zgadza. Nigdzie nie ma śladów świeższych niż trzy dni, które mogłabym przypisać Hotaru. Przeczesałam budynek ANBU i więzienie. W tym pierwszym natchnęłam się na pozostałości jej czakry; zastygłe, ledwo wyczuwalne.
Kakashi przymknął oko i westchnął głęboko. Musiał podjąć decyzję. Hokage wyznaczył mu dwa zadania, a nad jednym z nich zawisło właśnie widmo niepowodzenia. Drugie może go kosztować życie. Tenzō. Musi przesłać mu kolejną wiadomość, w której zakoduje wszystko, czego się dowiedział. Żałował, że Pakkun znajduje się właśnie u boku szatyna. Był jego najszybszym i najskuteczniejszym ninkenem.
Sekundy dłużyły się, gdy ważył na szali swoje zadania. Musiał podjąć decyzję i choć wahał się, wiedział, że tylko jedna z nich jest słuszna.
— Wiem gdzie jej szukać, ale to musi poczekać. Muszę wykonać powierzone mi zadanie, wtedy wrócimy do Konohy i zorganizujemy pościg.
Przy okazji odstawimy mnie do więzienia. Aya wsunęła ostatnią kulkę żywieniową do ust, zastanawiając się nad tym, jak pozbawić Kakashiego pieczęci, która dawała mu całkowitą władzę nad jej życiem. Dopiero wtedy będzie mogła go zabić i odzyskać wolność. Zapowiadała się cholernie pracowita noc.




***




Noc pociemniała, gdy mijali kolejnych strażników. W powietrzu coraz wyraźniej dało się wyczuć zapach ozonu. Ryūsen Shō, przywódca Kusagakure, mieszkał w rozległej rezydencji, otoczonej gęstą siecią ochroniarzy. Hyūga rozrysowała na piasku mapę przylegających do budynku ogrodów, zaznaczając stanowiska strażników. Dom osnuty był szarym dymem, który blokował jej kekkei genkai. Zupełnie jakby Kage obawiał się wojowników Konohy. Słusznie, nieprawdaż?
Do ogrodów wślizgnęli się bez problemu. Kakashi szedł za brunetką, wdzięczny za to, że zrzuciła z siebie pożyczoną tożsamość. Wydawało mu się, że we własnym ciele jest znacznie mniej niepokojąca. Mniej obca. Zerwał się silny wiatr, który zatrzepotał jej włosami. Uparcie odmawiała upięcia ich, o co stoczył z nią kolejną bezsensowną bitwę słowną. Ku swojemu przerażeniu odkrył, że te potyczki zaczynają go bawić.
Trzydzieści kroków później minęli parę strażników grających w shōgi. Szeptali między sobą, wyzywając się od oszustów. Aya przyglądała im się sekundę dłużej niż innym. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz trzymała w dłoniach klinowe figury. Zerknęła na Kakashiego, który stąpał obok niej tak cicho, jakby płynął nad ziemią. Pomyślała, że może wcale nie będzie musiała go zabijać. W końcu jest na tyle szalony, że zamierza rzucić się na wojownika rangi Kage. Najpewniej zginie w walce. Jeżeli nie, po prostu go dobije. Tylko… co z pieczęcią? Dopóki ma ją na nadgarstku, nie może pozwolić mu umrzeć. Powinna odrąbać mu rękę?
— Aya — wyszeptał jej imię niemal bezgłośnie.
— Hm?
— Skup się.
Przytaknęła. Obrzuciła jōnina spojrzeniem. Emanował spokojem i pewnością siebie. Zaimponowałoby jej to, gdyby nie była pewna, że mężczyzna za chwilę zginie.
Stąpali bezszelestnie, niezauważeni przez nikogo. Wmieszani w nadchodzącą burzę weszli do budynku. Aya próbowała wypatrzeć kogokolwiek lub cokolwiek, wszystko było jednak rozmazane, spowite szarą mgłą. Gestami przekazała jōninowi, że wciąż nic nie widzi. Zsunął ochraniacz z lewego oka, ciemność rozbłysła krwistą czerwienią sharingana. Nie był w tej sytuacji szalenie przydatny jak byakugan, ale dawał mu odrobinę większe pole widzenia.
W rezydencji było nienaturalnie cicho i ciemno. Pachniało mokrym drewnem i świeżo wypalonym kadzidłem o zapachu szałwii. Kakashi słyszał oddech Hyūgi tuż obok siebie. Krok za krokiem zbliżał się do swojego przeznaczenia i znów poczuł dyskomfort w głębi umysłu.
Absolutna cisza. Ospali strażnicy. Poczucie zagrożenia. Woń szałwii.
Coś szeptało mu ostrzeżenia. Najpewniej zdrowy rozsądek na próżno próbował zawrócić go z obranej drogi.
Tatami skrzypnęło pod stopami jōnina, gdy zatrzymał się przed drzwiami do centralnego pomieszczenia rezydencji. Cisza wciąż dudniła w jego uszach. Sięgnął ręką do shoji, zza którego dobywało się słabe światło świec. To musi być tutaj.
Aya zakryła swoją dłonią jego, powstrzymując go od rozsunięcia drzwi. Jej skóra była zimna i delikatna.
— Coś jest nie tak — szepnęła.
— Za późno.
Kakashi rozsunął shoji i wszedł do środka, trzymając w dłoni katanę. Postąpił krok do przodu, a jego stopy utonęły we krwi. Ryūsen Shō leżał pośrodku pokoju, z jego gardła spływała posoka. Krew splamiła tatami i szaty Kage.
Hatake zachłysnął się powietrzem.
— Co, na wszystkich Kage…
Ryk alarmu wystrzelił w powietrze. Tętent kroków rozległ się wokół nich. Mgła opadła, odsłaniając Ayi widok na nadbiegających strażników. Nie zdążyła się odezwać, gdy pierwszy z nich wpadł do pokoju. Błysnęły ostrza, ogień przeciął powietrze.
Ryūsen Shō, czwarty Kage Kusagakure, został zamordowany, a nad jego ciałem pochylał się jeden z najlepszych wojowników Konohy.






https://goo.gl/forms/ZFHD2c4niHt2FdaC3
 Odpowiedz na kilka pytań i pomóż nam ulepszyć Katalogowo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger.