31 maja 2017

Rozdział miesiąca – kwiecień

https://sins-of-the-angels.blogspot.com/2017/04/rozdzia-xxxvi.html
Nessa
Fantastyka / Fantasy




ALYSSA
Mary była zdeterminowana. Alyssa mogła to wyczuć, świadoma przede wszystkim intensywnego spojrzenia przyjaciółki. Nie tego się spodziewała, poza tym nadal nie docierało do niej to, że powiedziała prawdę, tym samym narażając swoją najlepszą przyjaciółkę na niebezpieczeństwo. Nie powinna tego robić, aż prosząc się o nieszczęście i niejako negując wszystko, co przez te wszystkie tygodnie usiłował osiągnąć Carlos, jednak patrząc w szmaragdowe oczy Mary, uprzytomniła sobie, że tak naprawdę nie żałuję – i że niezależnie od wszystkiego nie będzie w stanie zacząć.
Czy w takim razie była egoistką? W jej przekonaniu nieśmiertelność pozostawała nie tylko darem, ale również przekleństwem, poza tym ciągnęła za sobą cały szereg konsekwencji, które zaczynały ją przytłaczać. Gdyby była rozsądna, przyszłaby tutaj, a jednak… Zresztą akie to właściwie miało teraz znaczenie? Co mogła zmienić w sytuacji, kiedy decyzja została już podjęta, a Mary…
Mary z jakiegoś powodu nadal tutaj była.
Przez kilka kolejnych sekund wpatrywały się w siebie nawzajem, obie milczące i nieruchome. Alyssa czuła stopniowo narastające napięcie, jednak nawet wtedy nie była w stanie stwierdzić, dokąd to wszystko zmierzało. Podświadomie nadal wyczekiwała wybuchu. Tego, że nagle okaże się, iż Mary jest w szoku, a ten stan z wolna ustąpi, kiedy do dziewczyny w pełni dotrze to, co dzieje się wokół niej. Alyssa niemal spodziewała się kolejnej zmiany, kiedy jej najlepsza przyjaciółka – niemal siostra, której nikt nie miał być w stanie tak po prostu zastąpić – jednak się od niej odwróci, decydując się spojrzeć nań z obrzydzeniem albo…
Nic z tego.
Kolejne sekundy miały, ciągnąć się w nieskończoność, a wyraz twarzy Mary nie zmienił się nic a nic. Jakby tego było mało, dziewczyna nagle ruszyła się z miejsca, podchodząc bliżej i nie zwracając uwagi na to, że Alyssa właściwie wciskała się w ścianę, pragnąc zniknąć dziewczynie z oczu – cokolwiek, byleby utrzymać przynajmniej niewielki dystans pomiędzy nimi. Chciała krzyczeć i protestować – każąc przyjaciółce odsunąć się i nie podchodzić dla bezpieczeństwa ich obu – jednak pewnie nawet gdyby się na to zdobyła, na Mary nie zrobiłoby to żadnego wrażenia. Ta dziewczyna choćby i w najgłębszym szoku potrafiła zaskakiwać, aż Ali zaczęła się zastanawiać, czy gdyby nagle okazało się, że prócz kłów ma skrzydła i – powiedzmy – czarny diabelski ogon (W końcu… czemu nie? Skoro była córką Lucyfera, równie dobrze mogła mieć ogon, rogi, a jakby się postarała, może kochany tatuś załatwiłby jej widły, żeby szybciej oswoiła się ze swoim przeznaczeniem!), Mary przyjęłaby to z równym spokojem. Ta akceptacja… To było dla nie do pojęcia, tak jak i sama świadomość tego, że jednak tutaj była.
Z tym, że Mary dopiero zaczynała się rozkręcać. Zanim Alyssa zorientowała się, co się dzieje, przyjaciółka bez jakiegokolwiek ostrzeżenia podeszła bliżej, a potem – w tak naturalnym geście, jakby wszystko było w porządku, a Ali wcale nie czuła się zdolna do tego, żeby wgryźć się współmieszkance w tętnicę i wypić całą krew – otoczyła dziewczynę ramionami, zamykając w stanowczym uścisku. Alyssa zesztywniała, początkowo nie będąc w stanie odwzajemnić gestu i po prostu stojąc jak słup soli, niezdolna ruszyć się choćby o krok. Nie potrafiła się odsunąć, w równym stopniu pragnąć tej bliskości, jak i czując przerażenie na myśl o tym, co może się wydarzyć, jeśli pozwoli, by ten stan rzeczy trwał choć chwilę dłużej. Chociaż Mary cała sobą komunikowała, że czuje się przy Ali bezpieczna, to nie powinno mieć miejsca. Już na wstępie musiała wyznaczyć granice i bezwzględnie się ich trzymać. W zasadzie najrozsądniejszym, co w tej sytuacji mogła zrobić, było stanowcze odsunięcie Mary i udowodnienie jej, że już nic nigdy nie będzie takie, jakim było przed tym nieszczęsnym wieczorem, kiedy zdecydowała się wsiąść do tego przeklętego, czarnego mercedesa Doriana. Kto wie, może gdyby się postarała, również w pamięci Mary byłaby w stanie zaszczepić odpowiednio zmodyfikowane wspomnienia, tak jak było w przypadku Alexandra, tym bardziej, że wtedy również była wzburzona – i to chyba dużo bardziej niż w tej chwili. Gdyby tylko się postarała…
– Już? – usłyszała i drgnęła niespokojnie, całkowicie wytrącona z równowagi pytaniem, które jak gdyby nigdy nic zadała Mary.
 Już? – powtórzyła z niedowierzaniem, energicznie potrząsając głową. – O czym ty…?
Mary westchnęła.
– Czy już jest w porządku? – uściśliła, po czym zawahała się na moment. Podejrzliwie zmrużyła zielone oczy, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Mam na myśli… – Urwała, najwyraźniej nie będąc pewną, jak powinna ubrać w słowa to, co akurat chodziło jej po głowie.
– Czy przypadkiem nie mam ochoty rozszarpać ci gardła i odtańczyć taniec radości, w między czasie radośnie chłepcąc twoją krew? – podsunęła niemal uprzejmym tonem. Nie mogła się powstrzymać w nastroju na tyle podłym, by nie szczędzić sobie sarkazmu.
Poczuła, że Mary zesztywniała, niepewna czy ma do czynienia z żartem, czy też Alyssa mówiła poważnie. Przez kilka sekund trwała w bezruchu, wciąż tuląc się do przyjaciółki, chociaż już nie z takim zapałem i pewnością, co wcześniej. Ostatecznie z wolna się wycofała, odsuwając na tyle, by móc zajrzeć przyjaciółce w oczy. Jej własne lśniły niespokojnie, Ali zaś trudno było stwierdzić, co Mary tak naprawdę w tamtej chwili myślała i czuła.
– Okej, wampiry – powiedziała w końcu i to słowo zabrzmiało całkiem naturalnie w jej ustach. – Okej, w końcu czemu nie… – Wypuściła powietrze ze świstem, a potem – a niech ją szlag! – na jej ustach z wolna pojawił się niepewny, choć bez wątpienia szczery uśmiech. Co prawda sprowadzało się to jedynie do nieznacznego uniesienia ust, a Mary prawie natychmiast spoważniała, jednak ten gest i tak wydał się Alyssy… niesamowity. – Poważnie byłabyś do tego zdolna?
– Do czego? – Ali czuła, że zaczyna być coraz bardziej zmęczona tą rozmową.
Mary cofnęła się o krok, wspierając obie dłonie na biodrach i spoglądając na przyjaciółkę w niemal surowy sposób. Kto by pomyślał, że to właśnie ona mnie będzie musiała przywoływać do porządku!, pomyślała w oszołomieniu Alyssa, coraz bardziej wytrącona z równowagi.
– Skup się, Ali! – nakazała Mary. – Swoją drogą, jeśli to był żart, to wiedz, że nie śmieszny. Coś ci się dowcip wyostrzył, chociaż nie wiem, czy mi się to podoba. Sarkazm do ciebie nie pasuje – stwierdziła chmurnie, potrząsając z niedowierzaniem głową.
– Picie krwi wcale nie jest tutaj żartem, chociaż wcale bym się nie obraziła, gdyby nim było – mruknęła, ledwo powstrzymując się do dodania tego, że skoro faktycznie zaczyna być sarkastyczna, to najwyraźniej przebywanie z Carlosem zaczynało dawać jej się we znaki.
Cholera, jeszcze tego było jej trzeba! Nie chciała rozwodzić się nad swoim stwórcą, niepewna dlaczego w tej sytuacji pomyślała właśnie o nim. Starała się odsunąć od siebie wszystko to, co miało jakikolwiek związek z Sorentimi, a już zwłaszcza pewnym irytującym nieśmiertelnym, ale nie była w stanie. Co więcej, chociaż Carlos nadal sprawiał, że wydawała się dostawać białej gorączki, odkąd zwierzyła się Mary, wspomnienia minionych godzin i wszystko to, czego się dowiedziała, już nie było aż tak bolesne i trudnie do zniesienia. Złość minęła, pozostawiając po sobie wyłącznie pustkę i rozżalenie, to jednak wydawało się znośne, zwłaszcza dzięki reakcji przyjaciółki. Nie pojmowała jakim cudem ta w ogóle była w stanie zachować się tak, jakby całe to szaleństwo pozostawało czymś najzupełniej naturalnym, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia… Nie, skoro tak bardzo potrzebowała akceptacji.
Pomijając Mary, podstawowe pytanie wciąż dotyczyło tego, czy nadal była wściekła na Carlosa. No cóż, tak, oczywiście – w końcu to wszystko była jego wina. Wciąż miała w pamięci wszystko co jej powiedział, a kiedy zaczęła analizować poszczególne słowa oraz własne zachowanie, ledwo była w stanie powstrzymać się przed nerwowym zaciśnięciem dłoni w pięści. Robiła wszystko byleby utrzymać nerwy na wodzy, to jednak zaczynało być coraz bardziej wymagające. Co prawda zwierzając się Mary poczuła się lepiej, przynajmniej częściowo pozbywając się ciążącego jej ciężaru, ale…
„Radość dzielona z przyjacielem jest dwa razy większa, a smutek dzielony z przyjacielem zimniejsza się o polowę” – przypomniała sobie dawno zasłyszane słowa. Nie pamiętała skąd je zna i w jakich okolicznościach spotkała się z nimi po raz pierwszy, jednak to nie miało znaczenia. Sęk w tym, że teraz sama miała okazję przekonać się, jak wiele prawdy było w tych słowach, nawet jeśli zarazem nie wyobrażała sobie, że tak przyziemne mądrości mogą znaleźć odniesienie w sytuacjach… zdecydowanie mnie codziennych.
Ta… Niech żyją eufemizmy!, pomyślała z przekąsem i omal nie roześmiała się histerycznie. Mogła przewidzieć, że przebywając z Carlosem prędzej czy później zwariuje.
– A jednak piłyśmy razem herbatę. Popraw mnie, jeśli się pomyliłam, ale gdybyś była Draculą, raczej nie miałabym tej przyjemności – zauważyła Mary, przy okazji skutecznie sprowadzając Alyssę na ziemię.
– Naprawdę uważasz, że Stoker jest tu najodpowiedniejszą analogią? – zapytała z niedowierzaniem. – Mary…
Dziewczyna jedynie potrząsnęła głową, tym samym jasno dając Alyssy do zrozumienia, że ma zamilknąć. To również wydawało się ironiczne, że zwykła śmiertelniczka próbowała narzucać cokolwiek dziewczynie, która nie tylko mogła ją zabić, ale – jakby nie patrzeć – była… kimś znacznie więcej niż typowy wampir. Co więcej, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe, z jakiegoś powodu Alyssa czuła się z tym…  po prostu dobrze.
Zacisnęła usta, coraz bardziej niespokojna. Próbowała dać Mary czas, by jakkolwiek otrząsnęła się z sytuacją, tym bardziej, że sama również go potrzebowała i nawet mając przed sobą perspektywę wieczności, zaczynała wątpić, czy to wystarczy. Niczego już nie rozumiała, począwszy od samej siebie, przez wyjaśnienia Carlosa, a na tych dziwnych przebłyskach kończąc. Jakby tego było mało, do tej pory prześladował ją ten dziwny, bezcielesny szept, który…
Och, nie. Nie chciała się nad tym zastanawiać, przynajmniej na razie Kiedy słyszała ten głos – te niespójne myśli, które pojawiały się w najmniej właściwych momentach – wtedy zazwyczaj czuła się najmniej stabilna i po prostu wiedziała, że za moment wydarzy się coś bardzo niedobrego. Z drugiej strony tak było za każdym razem, kiedy wpadała gniew, a jeśli wziąć pod uwagę, że kilka godzin wcześniej czuła się gotowa rozczłonkować Carlosa, chyba powinna bardziej przejmować się trzymaniem nerwów na wodzy niż czymkolwiek innym.
Tak swoją drogą, to czy nieśmiertelnych miała prawo dręczyć schizofrenia albo inny rodzaj szaleństwa…?, przeszło jej przez myśl, jednak i na to pytanie nie otrzymała odpowiedzi. To była jedna z tych kwestii, które pozostawały dla niej zagadką, niezależnie od tego, czego mogłaby oczekiwać.
A jednak kolejne minuty mijały, a ona czuła się przy Mary dobrze, wcale nie czując się jak spragniony krwi potwór, który w każdej chwili będzie w stanie pokusić się o to, by urządzić w akademiku rzeź. Czuła słodycz krwi przyjaciółki, tym bardziej, że ciało Mary mimo wszystko wydawało się reagować na obecność potencjalnego drapieżnika, serce zaś trzepotało się w piersi tak energicznie i nerwowo, jakby miało w planach wyrwać się na zewnątrz i uciec. To sprawiało, że skóra dziewczyny stała się rozkosznie zarumieniona, a Ali nawet przyłapała się na tym, że śledzi wzrokiem wzór, który pod warstwą skóry tworzyły błękitne żyło, jednak i to wydawało się pozbawione znaczenia. Nie miała wrażenia, że za moment straci kontrolę, w rzeczywistości odczuwając zaledwie lekkie pieczenie, ale nie mając ochoty na to, by zacząć polować.
Cholera, co jest ze mną nie tak…?
Nie, oczywiście nie żałowała, że nie zachowuje się jak jakaś histeryczka, namiętnie łaknąc krwi każdego, kto tylko znalazłby się w jej zasięgu, ale ta pewność siebie również nie była normalna. Być może miało to bezpośredni związek z tym, co powiedział Carlos – że jednak naprawdę… żyła, po raz kolejny zresztą – ale to nadal wydawał się nieprawdopodobne.
– W porządku – usłyszała i aż zamrugała z niedowierzaniem, kiedy Mary jak gdyby nigdy nic ujęła ją pod ramię i pociągnęła za sobą w głąb pokoju. Obie zajęły dawne łóżko Alyssy, choć ta prawie nie była świadoma tego, że pod naciskiem przyjaciółki jednak pokusiła się o to, żeby zmienić pozycję. – Chcę, żebyś mi na początek obiecała jedną rzecz, Ali – zapowiedziała ostrym tonem Mary, a Alyssa uniosła brwi ku górze, nie kryjąc sceptycyzmu.
– Nie zamierzam cię gryźć – zapewniła natychmiast, po czym momentalnie zapragnęła uderzyć głową w ścianę, porażona własną bezmyślnością.
Mary rzuciła jej pełne zwątpienia spojrzenie, nagle zaniepokojona. Nie odsunęła się, ale po sposobie, w jaki zacisnęła usta, Alyssa wychwyciła umiejętnie maskowany strach, który wbrew wszystkiemu jej przyjaciółka musiała odczuwać.
– Ulżyło mi, nie powiem. – Wywróciła oczami, żeby szybciej dojść do siebie. – Ale nie o to chodzi. Zacznijmy do tego, że nie potraktujesz mnie tak, jak biednego Alexa.
– Mary…
Alyssa cała zesztywniała, porażona intensywnością spojrzenia zielonych oczu przyjaciółki. Jak mogła obiecać jej coś takiego, zwłaszcza, że nie tak dawno temu sama doszła do wniosku, że pomieszanie jej w głowie byłoby najmądrzejszym, co mogłaby tego wieczora zrobić?
Nie miała pewności, co takiego prezentował wraz jej twarzy, ale najwyraźniej zdradzał wystarczająco wiele, by zaniepokoić jej rozmówczynię.
– Nie! – Mary jęknęła, wyrzucając obie ręce ku górze w obronnym geście. – Won od moich wspomnień, jasne? Zero mieszania w głowie. Nie ma uciekania, Alysso Wilde, Sorenti czy jak się tam teraz nazywasz – rzuciła i pogroziła jej palcem, chociaż to wydawało się niemal równie abstrakcyjne, co i cała ta sytuacja. Chyba nawet nie byłaby zaskoczona, gdyby Mary do tego wszystkiego tupnęła, żeby podkreślić swoje niezadowolenie.
– Ja… – Wciąż wpatrywała się w przyjaciółkę w oszołomieniu, próbując zrozumieć, jakim cudem na własne życzenie zdecydowała się wpakować w to szaleństwo. – Tak jest – zgodziła się usłużnie.
Mary odetchnęła.
– Znakomicie. Więc się dogadujemy, na całe szczęście… – mruknęła, w zamyśleniu potrząsając głową.
– Nic już nie jest takie, jak wcześniej – upomniała ją machinalnie Alyssa.
Dziewczyna westchnęła, po czym przeczesała czarne włosy palcami. Ali w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że pośród lśniących, ciemnych kosmyków Mary, dostrzega naturalny blond jej włosów, choć ta nigdy nie pozwalała sobie na to, żeby doprowadzić się do aż takiego stanu. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, jednak nawet na zazwyczaj bladej twarzy przyjaciółki nie dostrzega znajomego, ostrego makijażu. To nie było normalne, skoro jej współmieszkanka mało kiedy decydowała się zmyć go całkowicie – i to nawet wtedy, gdy kładła się spać. Maska, którą tworzyła dla siebie Mary, kryjąc się za iście gotyckim stylem, była równie naturalna, co i jej niesamowity charakter, a jednak patrząc na nią w tamtej chwili, Alyssa nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni jej przyjaciółka wydawała się aż tak krucha.
To moja wina? To ja doprowadziłam ją do takiego stanu?, pomyślała w oszołomieniu, czując coraz silniejsze wyrzuty sumienia, choć instynktownie spróbowała je zdusić. Mary nigdy nie lubiła, kiedy ktokolwiek próbował się zadręczać, zdecydowanie bardziej preferując działanie, jednak z drugiej strony…
A potem coś ją tknęło i zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, w najzupełniej naturalny sposób chwyciła Mary za rękę i spojrzała jej w oczy.
– Jak twoja mama?
Oczy Mary rozszerzyły się nieznacznie, ona sama zaś wyglądała tak, jakby nagle została schwytana w pułapkę. Co prawda prawie natychmiast wzięła się w garść, aż nazbyt dobrze panując nad emocjami, jednak Alyssa znalazła ją już na tyle dobrze, by wiedzieć, że dziewczyna i tak jest przygnębiona.
– Co…? Och, świetnie – rzuciła przesadnie entuzjastycznym tonem. – To znaczy… dopiero miałam do niej zajrzeć, ale na pewno jest świetnie – sprostowała i Alyssa nie miała wątpliwości co do tego, że Mary kłamie jak z nut. – Zresztą to teraz nieistotne. Powinnyśmy skupić się na czymś innym – zapowiedziała i nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony Ali, poderwała się na równe nogi, nagle zaczynając nerwowo krążyć po pokoju.
– Mary, ja naprawdę… – zaczęła, po czym westchnęła przeciągle, aż nazbyt świadoma, że kiedy jej współmieszkanka zaczynała zachowywać się w ten sposób, najlepiej jest się wycofać i po prostu odpuścić. To była Mary. Gdyby chciała się zwierzać, sama przeszłaby do rzeczy. – W zasadzie… co masz na myśli? – zapytała podejrzliwie.
Choć widziała wyłącznie plecy dziewczyny, mimochodem zauważyła, że ta wyraźnie się rozluźniła.
– Hm… No nie wiem? Może ciebie i twoją… wyjątkowość? – rzuciła pozornie beztroskim tonem.
– Wierzysz mi – stwierdziła w zamyśleniu. – Tak po prostu. – To dalej do niej nie docierało.
– Na to wygląda. Swoją drogą, czas, żeby mi kaktus zaczął rosnąc na dłoni, tak swoją drogą – rzuciła, po czym z gracją osunęła się na kolana, niemal w całości wsuwając się pod swoje łóżko i zawzięcie czegoś szukając. – No wiesz… Pamiętasz moją babcię, prawda?
Alyssa otworzyła usta, chcąc zaprotestować, jednak w ostatniej chwili się powstrzymała. Lekko zmarszczyła brwi, bo choć wspomnienia, do których nawiązywała Mary, były zamazane i odległe, mimo wszystko gdzieś tam w niej żyły – tak jak i te najboleśniejsze, związane z morderstwem Jessiki i małym załamaniem Alexa.
– Tę, która mieszkała w Maine? – upewniła się, choć wiedziała, co Mary ma na myśli. – Nienawidziłaś tam jeździć – dodała mimochodem.
– A kto lubi zimne Maine? – westchnęła Mary, wzdrygając się demonstracyjnie. – Chociaż bardziej niepokoiła mnie sama Nana – dopowiedziała po chwili zastanowienia, a Ali rozpoznała pieszczotliwe imię, którym jej najlepsza przyjaciółka zwykle zwracała się do starszej kobiety. – Wiesz, miałam sześć lat, ale to i owo pamiętam… Jak chociażby to, że do samej śmierci uchodziła za wariatkę – dodała, prostując się, by ze swojego miejsca móc spojrzeć na Alyssę.
– Tak… Nazywali ją wiedźmą, a ty się jej bałaś – dopowiedziała, po czym z westchnieniem przeczesała włosy palcami. – Twoja mama zawsze się denerwowała, kiedy Nana próbowała uczyć cię starych plemiennych wierzeń czy coś takiego – przyznała po chwili zastanowienia.
– Opowiadała mi o złych duchach i stworzeniach nocy. Swoją drogą, twoja matka – powiedziała z naciskiem Mary, rzucając Alyssy porozumiewawcze spojrzenie – już dawno stwierdziła, że coś mnie opętało i że to pewnie dlatego, że w rodzinie już miałam jedną wariatkę. W końcu świrowanie na pewno jest dziedziczne, prawda? – Mary wywróciła oczami, ale jednocześnie zacisnęła usta i Ali wiedziała, że mimo wszystko te słowa ją dotknęły. – Przynajmniej ja zawsze uważałam ją za wariatkę, nawet kiedy już umarła, ale… Wiesz co Ali? Wydaje mi się, że zawsze w te historie po części wierzyłam – przyznała, a ich spojrzenia na ułamek sekundy się spotkały. – Teraz wierzę – dodała i na moment wszystko stało się jasne, nawet jeśli nie powinno takim być.
Alyssa zamrugała pośpiesznie, czując pieczenie pod powiekami. Nie tego spodziewała się, kiedy zdecydowała się przyjść do Mary, zaś reakcja przyjaciółki przeszła jej najśmielsze oczekiwania. To wciąż nie było wystarczające, by ostatecznie poczuła się lepiej, ale mimo wszystko…
Energicznie potrząsnęła głową, żeby ukryć łzy. Nie żeby bała się słabości, ale skoro już zabrnęła tak daleko, powinna być silna… Nie tak, jak Mary, ale na pewno trochę silniejsza.
– Więc co robimy? – zaryzykowała, choć to chyba ona powinna mieć jakiś plan.
O dziwo, Mary jedynie się uśmiechnęła.
– Skoro już doszłyśmy do wniosku, że wariactwo mam w genach, równie dobrze obie możemy już całkiem oszaleć. Nany nie ma, a ja nie znam żadnej porządnej wiedźmy – rzuciła z przekąsem – ale właściwie po co mi jakiekolwiek plemię?
Jeszcze kiedy mówiła, w końcu podniosła się z kolan, z wolna ruszając w stronę Alyssy. Dopiero kiedy usiadła obok, dziewczyna zorientowała się, że Mary trzyma na kolanach laptopa.
Wampiry, demony i Internet?
A właściwie… czemu by i nie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger.